niedziela, 2 grudnia 2007

Salon des Vignerons

Mich napisał:

Tydzień temu odbył się w Paryżu salon win, co pozwoliło mi się wyszaleć, jako fanowi francuskiej cuisine.
Na kilka dni producenci win zjechali się do Paryża, by zaprezentować swoje wyroby - wina białe, różowe, czerwone a także alkohole np. koniaki (w języku francuskim wino to nie alkohol).


Impreza ta organizowana jest co roku. Wejście dla studentów kosztuje 3 euro - w cenę wliczony jest niezbędny instrument smakosza - kieliszek, który otrzymuje się zaraz przy wejsciu. Wchodzi się z nim do ogromnej sali, gdzie znajduje się kilkaset stoisk przygotowanych dla producentów win.
Należy zwrócić uwagę że są to producenci mali, robiący swoje wina często z pasji lub też dla dorobienia kilku euro do emerytury. Są to więc wyroby rodzinne, mające charakter podobny do "majonezu babuni" z reklamy.
Fajna jest atmosfera krążąca w tym miejscu. Najlepiej przyjść rano. Wtedy wszyscy są mili, jeszcze nie znudzeni pytaniami amatorów, takich jak my, wtedy jest też mało ludzi. Można swobodnie podyskutować i dowiedzieć się o winach rzeczy które znane są tylko "wielkim szefom z zadartymi nosami". Czasami można się spotkać z osobą, która po twoim ubiorze może określić, czy warto marnować swoje wino na częstowanie cię nim. C'est la vie. Warto więc ubrać się bardziej elegancko i przybrać kamuflaż - ubiór bourgeois tj. marynareczka.

Reczywiście wspaniałym momentem jest smakowanie wina, o którym producent ci już wszystko opowiedział: że jego winogrono rośnie w takiej a takiej glebie, przy takim a takim nachyleniu, że wino trzymane jest w takich a takich beczkach i ile konkretnie czasu, pokazuje ci zdjęcia itd.
Ważne jest jednak własne rozeznanie i własny gust. Producent chce sprzedać ci swoje wino, więc uważaj na to, co mówi. Podobnie jest w innych sytuacjach w życiu, no nie?
Poza tym, wedlug nas, wino to tylko połowa równania - zawsze należy sobie wyobrazic z czym się je pije. Innymi słowy istnieje swoistego rodzaju dialektyka (słowo uwielbiane przez tutejsze środowisko intelektualne) między winem a talerzem. Nawet jeśli nic nie kupisz, takie doświadczenie wzbogaca cię wewnętrznie: "czujesz lepiej" francuską cuisine. Zresztą nie tylko francuską. Umiesz po prostu lepiej dopasować wino do swoich polskich i innych dań. To jest moja refleksja po tym miłym (i niedrogim przy tym) doświadczeniu.

piątek, 23 listopada 2007

Maurice Béjart (1927-2007)


Wczoraj nad ranem zmarł, w wieku 80 lat, geniusz sceny baletowej, światowej sławy choreograf Maurice Béjart - prekursor nowoczesnego baletu.

Béjart urodził się w Marsylii, 1 stycznia 1927 roku (prawdziwe nazwisko: Maurice Berger). Jego przygoda z baletem rozpoczęła się w liceum, kiedy to lekarz zalecił mu taniec, by wzmocnić jego szczupłą sylwetkę. W wieku 18 lat Maurice postanawia zająć się baletem zawodowo. Swój pseudonim artystyczny zapożycza od żony Moliera - Armande Béjart. Przyjeżdża do Paryża, by pobierać nauki u takich mistrzów, jak Lioubov Egorova, czy Madame Rousanne. Po raz pierwszy zostanie zaangażowany do baletu w 1948 roku, by już w 1953 założyć własny balet.

Za swój życiowy cel uważał udostępnienie baletu szerokiej publiczności. Jego testament pozostawiony młodemu pokoleniu: Plus de dance, encore plus de dance. (Więcej tańca, jeszcze więcej tańca).
Spektakle tworzył na bazie muzyki zarówno klasycznej (Wagner, Bach, Stravinski, Ravel), jak i popularnej (U2, Queen). Czerpał z szerokiej gamy tekstów, od Emila Ciorana po Antoine'a de Saint-Exupéry, zahaczając o Nietzschego i Goethe. Inspiracji szukał w filozofii, teatrze, psychoanalizie. Jego choreografie były mieszanką stylów. Czerpał z tradycji indyjskiej, tureckiej, afrykańskiej, tworząc spektakle pełne ekspresji, szczególnie anażującej grę ramion. Uczynił z baletu mieszankę akrobatyczno - teatralną.

Styl Béjarta nie był lubiany w środowisku baletowym. We Francji publika go uwielbiała, ale państwo nie chciało zaoferować mu teatru, ani ufundować szkoły. Swoją karięrę rozwinął w Belgii. W 1960 roku założył w Brukseli Balet XX wieku i prowadził go przez 27 lat, tworząc spektakle dla Opery la Monnaie. Przez cały ten czas bezskutecznie usiłował przekonać operę paryską do współpracy. W 1987 roku postanowił przenieść się z Brukseli do Losanny, gdzie otworzył swoją szkołę Rudra oraz własny balet: Balet Losański Béjart'a.

Relacje Béjart'a z Paryżem i Brukselą potwierdzają to, co udało mi się zaobserwować podczas studiów w Belgii... jeśli jesteś artystą i chcesz zaistnieć - w Paryżu nie masz szans, za to Bruksela przyjmie Cię z otwartymi ramionami. Bo Bruksela lubi eksperymentować i czasem z tych eksperymentów rodzą się światowe gwiazdy - prekursorzy nowych kierunków, tacy jak Béjart.

Popatrzcie na jego Bolero z 1961 r.




Bolero 1961, reż. Maurice Béjart, cz. 1.





Bolero 1961, reż. Maurice Béjart, cz. 2.

wtorek, 20 listopada 2007

Grève à la française...










To miał być najpiękniejszy nasz wieczór w Paryżu... a raczej mój najpiękniejszy, bo na Dziadka do orzechów cieszyłam się jak dziecko. Bilety kupiłam z dużym wyprzedzeniem i szczerze, nie mogłam się doczekać 19 listopada - wizyty w krainie marzeń, powrotu do dzieciństwa - baletu, który miał być największym wydarzeniem tego roku. Opera Bastille reklamowała spektakl, jako jedno z najdroższych, najbardziej wystawnych przedsięwzięć, jakie do tej pory zorganizowano. Ludzie w kolejkach po bilety opowiadali sobie przeżycia z poprzednich realizacji baletu Czajkowskiego i byli wyraźnie oczarowani myślą, że będzie im dane przeżyć to jeszcze raz, jeszcze lepiej...

Byłam taka szczęśliwa, kiedy wczoraj o 16 wyszłam z domu, wiedząc, że wrócę do niego już z nowymi doświadczeniami - bogatsza o tyle doznań zmysłowych... najpierw jednak musiałam pojechać na Gare du Nord kupić sobie bilet na pociąg do Brukseli, dokąd wybieramy się w grudniu. Wiedziałam, że strajk nadal się toczy, ale mimo to niektóre linie metra jednak działają. Działała na pewno linia nr 4, która znajduje się niedaleko nas i wiedzie przez cały Paryż prosto na dworzec. Nie wiedziałam jednak na co się skazuję wsiadając do metra. Zaczęło się niewinnie. Mieszkam przy początku trasy, więc bez trudu znalazłam wolne miejsce. Problemy zaczęły się przy stacji Montparnasse - metro po brzegi wypełniło się ludźmi. I od tej pory miało tak być na każdej stacji, przez którą przejeżdżaliśmy. Ponieważ jest strajk i na linii czwórki jeździ jedno metro na dwa, kierowca, aby zachować timing zatrzymywał się między stacjami i gasił prąd. Ludzie zachowywali się na granicy paniki. Niektórzy włączali agresywną muzykę, inni mruczęli coś pod nosem, wszystkim było duszno i czułam, jak z coraz większym przestrachem wsłuchujemy się w słowa kierowcy: "Proszę o jeszcze odrobinę cierpliwości". Atmosfera przypominała ciszę przed burzą. Kiedy wreszcie ruszaliśmy, na kolejnych stacjach ludzie bili się wchodząc i wychodząc z metra. Stan maksymalnego zagrożenia. Idealne warunki dla terrorystów.
Udało mi się w końcu dotrzeć na dworzec i kupić bilet. W drodze powrotnej wysiadłam 7 stacji wcześniej i poszłam na spotkanie z Michem piechotą. Miałam dość agresywnego tłumu i przystanków między stacjami. Pod ziemią odbywało się prawdziwe piekło. Kierowcy mieli swych pasażerów w głębokim poważaniu. Wolałam wyjść i odetchnąć świeżym powietrzem.
Byłam zdecydowana, że do opery pojedziemy rowerami (miasto od września zaoferowało swoim mieszkańcom tzw. veliby - rowery, które można pożyczać na kilka godzin za niewielką opłatą). Na całym mieście, na co drugiej ulicy zainstalowano parkingi, przy których można rowery wypożyczać.

Spotkaliśmy się z Michałem pod jego szkołą i udaliśmy się prosto na taki parking. Niestety, nie tylko Michał kończył zajęcia o 18. Parking był pusty - wszystkie rowery wypożyczone. Kupiliśmy sobie jednak bilet upoważniający do wypożyczania i udaliśmy się na polowanie. Przy każdym postoju ludzie zachowywali się dość agresywnie i urządzali wyścigi do parkomatu, albo okupowali parking grupowo, choć nie było na nim co wypożyczać. My nie pozostawaliśmy w tyle. Walczyliśmy dzielnie i w końcu przy trzecim parkingu udało nam się po 10 minutach wywalczyć nasze veliby.
Jazda przez miasto była jak świeży powiew o poranku (choć zaawansowany był wieczór). Jechaliśmy szczęśliwi, podziwiając widoki, czuliśmy się wolni i pełni nadziei na nadchodzące przeżycie. Po 20 minutach dotarliśmy pod wrota Bastylii.

Tuż po wejściu do holu dopadła nas młoda dzieweczka z pytaniem na ustach, czy wiemy już jakie są ustalenia związane ze strajkiem.
- Z jakim strajkiem? - spytałam zdziwiona i gdzieś z tyłu głowy zadzwoniły mi wiadomości z zeszłego tygodnia, że opera też zastrajkuje i nie wiadomo jeszcze czy odbędą się spektakle. - -Chyba nie chce mi Pani powiedzieć, że spektakl został odwołany?!!!
- Nie Madame - odpowiedziało dziewczątko - spektakl się odbędzie, ale będzie sam balet, bez dekoracji - i wręczyła mi krótką notkę o strajku techników, mówiąc - ma Pani prawo uczestniczyć lub udać się do kas po zwrot pieniędzy.
- C'est pas vrai! - udało mi się tylko powiedzieć, bo w tym samym momencie nogi same powiodły mnie w stronę Michała. Szłam, myśląc tylko o tym, jak wspaniale reklamowano ten spektakl: tysiące srebrzących się dekoracji, setka wystawnie ubranych tancerzy, piękna choinka pośrodku sali... Dotarłam do Michała i jak dziecko rozpłakałam się w jego ramionach. Mój Rycerz nie mógł w to wszystko uwierzyć. Dzielnie pobiegł wyjaśnić sprawę raz jeszcze:
- Jak to bez dekoracji? - krzyczał - Jak to bez kostiumów, to w czym będą tańczyć?! W strojach kąpielowych?!!!
- Pan na mnie nie krzyczy, pan widzi, że nie strajkuję - ja przyszłam do pracy - odpowiedziało dzielnie wytrenowane dziewczę i zatkało tym samym Michała, któremu zabrakło argumentów.
Rozczarowany, wrócił do mnie i stwierdził, że on może obejrzeć balet w majtkach, bo jego to śmieszy i teraz już wszystko zależy ode mnie.

Zrezygnowałam. Poszliśmy odebrać pieniądze. Po co mi Dziadek do orzechów połowiczny? Wigilia bez choinki, bez prezentów... Po co odzierać się z marzeń? To jak balet za czasów komunistycznych - damy Ci ogólny zarys, resztę sobie wyobraź. Nie po to przyjechałam do Paryża.
I pomyśleć, że są tacy, którzy na operę do Paryża przyjeżdzają specjalnie z Japonii, albo ze Stanów, i po co? Po to, żeby za 150 euro za miejsce obejrzeć facetów w rajtuzach!!! Może i w przypadku innych baletów to by wystarczyło, ale nie w przypadku Dziadka do orzechów... Widziałam 70- letnich Francuzów, którzy równie zawiedzeni jak ja, szli odebrać pieniądze do kasy. Nie ważne ile masz lat, na Dziadku do orzechów znów stajesz się dzieckiem i jak dziecko chcesz być rozpieszczanym!

Wieczór spedziliśmy odstresowując się przy kawie. Cieszyła nas myśl o powrocie do domu na rowerach.
Życie jednak okazało się być okrutne. Pod operą udało się nam zdobyć tylko jeden rower. Drugi miał zepsute siodełko. Postanowiłam więc go odstawić i wziąć inny. Manewr ten okazał się jednak niemożliwy, ze względu na blokadę jaką zabezpiecza się natychmiastowe wynajmowanie kolejnego roweru po odstawieniu poprzedniego - trzeba odczekać 5 minut. Po dzięsięciu minutach wciąż nie mogłam nic wypożyczyć. Zostawiłam więc Michała i pobiegłam na kolejny parking, który okazał się być pusty. Kiedy wróciłam, wszystkie rowery zostały już wypożyczone. Jedyny, który właśnie został odstawiony, nie był rozpoznawalny przez parkometr i nie można go było ruszyć.
Zdecydowaliśmy się wziąć metro. Jedno z tych nielicznych, które jeszcze działają. Ale ponieważ czułam się w nim źle z powodu opisanych wcześniej doświadczeń - wysiedliśmy na Chatelet, by przesiąść się jednak na rowery. Polowanie, które znów zmuszeni byliśmy zacząć, graniczyło z paranoją. Czułam się jak Asterix w wędrówce po urzędzię (12 prac Asterixa - kto widział, ten zrozumie). Parkingi albo były puste, albo miały jeden rower, który okazał się nie mieć łańcucha, albo miały ich kilka, ale te które wybraliśmy nie miały akurat poowietrza i z powodu blokady musieliśmy się udać na spacer do następnego parkingu. Kiedy udało nam się wreszcie zdobyć coś co miało i koła, i łańcuch, i niezablokowane szprychy - ruszyliśmy i w tym samym momencie Michałowi odpadła osłona na łańcuch. Wrzuciliśmy ją do koszyka i ze słowami "Vive la France" na ustach, pojechaliśmy w deszczu, pod górkę do domu. Szczęśliwi jednak, że wreszcie jedziemy... że jesteśmy wolni i niezależni od wszystkich chorych rozporządzeń tego kraju, od braku szacunku okazywanego drugiemu człowiekowi, od strajków i marazmu, i rozlatujących się velibów.

Jeśli chcecie przeżyć komunizm raz jeszcze - przyjedźcie do nas. Bo Francja - chcemy tego, czy nie - ma więcej wspólnego z komunistycznym ustrojem, niż z demokracją.
Najlepsze jest to, że o tym wie; że jest świadoma swoich niedoskonałości i z uśmiechem się do nich przyznaje.
Jeśli mówić o szoku kulturowym, to myślę, że wczoraj przeżyłam jego apogeum w najbardziej brutalnej formie.

poniedziałek, 19 listopada 2007

Strajk wg Horsch'a

Założę się, że wszyscy już wiedzą, iż mamy w Paryżu kolejny strajk komunikacji miejsko-krajowej. Problem tym razem polega na tym, że nie wiemy, jak długo to potrwa.
Poniżej przykład jak sytuację widzą Niemcy, karykatura autorstwa Horsch'a opublikowana za Handelsblatt w Le Monde:




- Jesteśmy ICE Kehl - Paryż, a wy?

- My jesteśmy TGV Paryż - Strasburg.

Uff, dobrze, że do domu na święta wracamy samolotem Lot'u, bo Air France niedawno też strajkowało i nie wiadomo, czy do tego pomysłu nie powróci.

czwartek, 15 listopada 2007

Beaujolais Nouveau


Dziś święto Beaujolais Nouveau... Od północy można kosztować tego "nerwowego" trunku. Na razie próbował tylko Mich - rozdawali na ulicy;) Podobno ma smak bananowego-kiwi;)
Zainteresowanych imprezami w temacie odsyłam na http://www.beaujolaisnouveautime.com/

Pijmy więc, do rana;)

Meet Paul Potts



A skoro już jesteśmy przy temacie opery, przedstawiam moje nowe odkrycie:
It's Paul, a mobile phone salesman z południowej Walii (ooooch, Aeddan musi być dumny;)))

Opera














- Czym jest opera? - zapytał mój kochany Miś oprowadzającego nas po Opera Bastille przewodnika - Przeżyciem zmysłowym - otrzymał odpowiedź. I choć przez dłuższy moment się nad tym zastanawiałam, po wizycie w Palais Garnier, gdzie przeżyliśmy wspólnie Traviatę Verdiego w reżyserii Christoph'a Marthalera, przyznać muszę, że inaczej opisać opery się nie da. Bo choć sopran Christine Schäfer zazgrzytał jak stare wrota przy dwóch najwyższych dźwiękach pierwszego aktu, to jednak całość odegrana została tak brawurowo, że po raz pierwszy od bardzo długiego czasu przeżyłam w operze prawdziwe katharsis.

Swoją rolę w procesie oczyszczenia odegrał również budynek samej opery. Palais Garnier jest przepięknie zdobionym teatrem. Po wyjściu z sali koncertowej na antrakt wciąż pozostaje się w magicznym świecie, jakby w zaczarowanej bajce. Jedyne, na co można ponarzekać to miejsca. Niektóre mają naprawdę kiepską widoczność. Mogliśmy tego doświadczyć kupując bilety w ostatniej chwili.

Inaczej rzeczy się mają z Operą na Placu Bastylii.
Zaprojektowany przez Carlosa Otta, otwarty w 1989 roku budynek, to jedna z najnowocześniejszych oper na świecie. Mogliśmy ją sobie zobaczyć od kulis dzięki zajęciom Micha z polityki zarządzania instytucjami kulturalnymi, zorganizowanymi właśnie w operze. A ponieważ tak zorganizowane zajęcia odbywają się niezwykle rzadko - nie trzeba mi było się długo zastanawiać, by dołączyć do Michowej grupy. Wnętrze Bastylii za sceną przypomina bardziej hangary lotnicze, niż miejsce gdzie tworzy się sztukę. 12 poziomowy budynek został tak skonstruowany, by olbrzymią windą, o powierzchni ok. 200 metrów kwadratowych można było transportować kilkunasto-tonowe dekoracje z najniższych pięter na poziom sceny. I choć jest to chyba największa winda operowa na świecie, to jednak nie jest pozbawiona wad. Dopiero po ukończeniu budynku okazało się, że nie można korzystać z niej w trakcie spektakli. Zamiast uplasować windę tuż za sceną (tak, by można było w trakcie przerwy jedynie przesunąć dekoracje), winda wjeżdża prosto na scenę, co powoduje, że niczego nie można przygotować z wyprzedzeniem. Wydłuża to niekiedy przerwy i utrudnia pracę technikom. Poza tym małym mankamentem, wszystko w Bastylii urządzone zostało jak trzeba. Opera w zamyśle architekta miała reprezentować ideę równości, dlatego też każdy, bez względu na to ile wydał na bilet, zasiada na miejscu, z którego ma bardzo dobrą widoczność. Idei tej podporządkowane są też krzesła na sali koncertowej - mają egalitarny design - są zbudowane z równiej wielkości kwadratów (podobnie jak fasada budynku).
Ze wszystkich odwiedzonych przez nas pomieszczeń najbardziej polecam były gabinet dyrektora, a obecną salę spotkań - owalny pokój na najwyższym z pięter, zbudowany z okien, przez które roztacza się przepiękny widok na Paryż i oczywiście na Wieżę Eiffel'a - widok warty uwagi szczególnie nocą.



wtorek, 6 listopada 2007

Speechless - Comédie-Française


Właśnie napisał do mnie kolega Jarek, iż jest mu przykro, że przygoda z Bernhardem nie powiodła się. Tymczasem kolega Jarek nie wie, że my wcale na Louis-Jouvecie nie poprzestaliśmy
i 1 listopada wybralimy się na Chorego z urojenia Moliera do Comédie-Française.

Spektakl w reżyserii Claude'a Stratza, szwajcarskiego reżysera, który nad komedią pracował w 2001 roku, wystawiono w tym roku ponownie, by uczcić jego pamięć - Stratz zmarł niestety w kwietniu tego roku.

Przedstawienie jest zwyczajnie mistrzostwem świata. Świetna gra aktorów, doskonała scenografia i dobór rekwizytów, fantastycznie dobrana muzyka, gra świateł, które tworzą napięcie i stanowią część narracji, no i oczywiście sama sztuka, która w ogóle nie straciła na aktualności (w wielu jej miejscach widziałam siebie, swojego męża i niektórych członków mojej rodziny;))) - wszystko to spowodowało, że wyszliśmy z teatru zachwyceni.

I cóż Szanowny Kolego Jarku?... I nicóż - odjęło nam mowę;) Byliśmy speechless, jak mówią Anglicy;)

Bernhard spowodował dwudniową dyskusję, do dziś nie możemy się otrząsnąć. Jeszcze wczoraj czytaliśmy w Le Monde recenzję (okazuje się, że nie tylko nam się nie podobało;))).
W każdym razie rozmawialim, bulwersowalim się, szukalim ukrytych sensów... a tu, wyszliśmy zwyczajnie z teatru, w pełnym zachwycie, mile połechtani i... nic - zero krytyki, tylko miłe wspomnienia...

Już sama nie wiem, co bardziej wolę;)

niedziela, 4 listopada 2007

L'Origine du Monde


Et voilà, Gustave Courbet. Jedyny artysta, który wiedział, jak nazwać rzeczy po imieniu. Przypisując swemu obrazowi, który widnieje obok, tytuł l'Origine du Monde (źródło świata) nadał waginie wymiar mistyczno-filozoficzny, unosząc ją ponad prozaiczną rzeczywistość widniejącą na obrazie.

Jak podają francuskie czasopisma, artysta aż do 1995 roku znany był jedynie historykom sztuki i miłośnikom francuskiego realizmu. To właśnie dotacja tego obrazu na rzecz Musee d'Orsay przywróciła Courbeta światu, odrodziła na nowo do życia publicznego.

Courbet urodził się w 1819 roku w Doubs (niedaleko podobno mieszkają rodzice Marca;)), zmarł w 1877 roku w Szwajcarii (dokąd uciekł, ponieważ skazano go za zdemolowanie kolunmy Vendome, ale nieoficjalnym powodem były jego bulwersujące prace. Po odsiedzeniu krótkiej kary, zwiał z Francji by uniknąć kolejnych aresztowań.).

Dzieła artysty oskarżano o zbytnią dosłowność. Był francuskim prekursorem realizmu. Zarzucano mu, że zbyt mocno zbliża się w swych obrazach do fotografii, za bardzo skupia się na szczegółach. Tymczasem Courbet tłumaczył: "Nigdy nie widziałem anioła, ani bogini i dlatego ich nie maluję" i szokował francuską Akademię Sztuki obrazami przedstawiającymi codzienne życie swojej wsi, niekiedy szerokimi na 7 metrów (jak Pogrzeb w Ornans z 1850 roku) - wielkości zarezerwowanej w tamtych czasach dla wizerunków scen historycznych i znanych postaci. Oskarżenia o korzystanie z fotografii, były w większości fałszywe. Fotografie pomagały mu jedynie w malowaniu aktów.

W setną rocznicę śmierci artysty, zorganizowano retrospektywę jego prac w Grand Palais w Paryżu. 30 lat później wystawa powraca i wzbudza olbrzymie zainteresowanie. Obrazy ściągnięto z całego świata, by móc pokazać główne etapy twórczości artysty poprzez najbardziej reprezentatywne działa.

L'Orgine du Monde, choć nie jest najlepszą pracą Courbeta, jest z pewnością najbardziej znaną. Obraz szokował ówczesnych, i szokuje teraźniejszych odbiorców. A największych kłopotów przysparza politykom. Na oficjalnej ceremonii przyjęcia dzieła w mury Muzeum d'Orsay w 1995 roku, ówczesny Minister Kultury Philippe Douste-Blazy, nie pozwolił reporterom fotografować się przed obrazem, a wywiadu dla telewizji udzielał przy wejściu do sali.
Podobnie zachował się prezydent Nicola Sarkozy. Oglądając wystawę 16 października 2007 roku, pozwolił się fotografować przy wszystkich obrazach za wyjątkiem tego jednego.
Ta niezrozumiała dla mnie pruderia zdaje się zupełnie nie udzielać pozostałej części publiczności, która wśród wszystkich dostępnych reprodukcji w pałacowym butiku najchętniej wybiera właśnie l'Origine du Monde;)


Wystawa czynna do 28 stycznia 2008 r.


Kolejka po bilety:)) Mnie udało się obejrzeć wystawę przed wizytą prezydenta. Przy kasie przede mną były dwie osoby;)

sobota, 3 listopada 2007

David Bowie

Przesłuchując zbiory muzyczne Pink Plastic Music, doszłam do wniosku, że brakuje w nich jednej piosenki, którą postanawiam dodać i tutaj. W Young Americans David Bowie zawarł swoje amerykańskie doświadczenia. Sam będąc Anglikiem, spogląda na Stany z innej perspektywy. Piosenka nabrała zupełnie nowego wymiaru po tym, jak znalazła się w napisach końcowych filmu Larsa von Triera Dogville.
Utwór ma raczej niewielkie konotacje z Paryżem i Francją (chyba, że chcemy rozmawiać o odwiecznej nienawiści między Stanami a krajem Żabojadów), ale CrazyCat jest on the Road i bynajmniej nie zamierza się ograniczać do jednego kraju. Piosenka zaś jest krajoznawcza, więc pasuje jak ulał;)




Pozostaje nam jeszcze powiedzieć słów kilka o artyście, na którego stronie zabrakło owego utworu. Autor Pink Plastic Bag i Pink Plastik Music to Juan M Sarabia, Ingeniero Humanista, jak nazwała go koleżanka Monica w jednym ze słynnych albumów z serii Euroculture;)
Juan to zapalony foto-grafik;) Jego zdjęcia to surrealistyczne kompozycje, mieszanki internetowo-polaroidowe, akty czarno-białe. Mocną stroną wielu zdjęć jest aspekt geometryczny, symfonia symetrii. Inne zaskakują pomysłem, dobrym kadrem. Stronę jego gorąco wszystkim poszukiwaczom nowości polecam. A znaleźć na niej można nie tylko zdjęcia i muzykę. Gratka szczególnie dla miłośników iberystyki.

www.pinkplasticbag.net

www.pinkplasticbag.net/music/ppmusic.html

Wszystkich Świętych w Paryżu


Tego czwartku cmentarz Pere Lachaise wydawał się być bardziej okupowany przez Polaków, niż przez jakąkolwiek inną nację. Szczególne zainteresowanie zaś wzbudzał grób Fryderyka Chopina, przed którym stała spora grupka rodaków. Dołączyliśmy do nich i mimochodem staliśmy się świadkiem interesującej rozmowy.
Pan po 50-dziesiątce dyskutował ze starszą Panią:
- Pani wie ile tutaj wczoraj było gnoju? Taka kupa - zademonstrował rozkładając szeroko dłonie. - Tyle czasu minęło i nikomu nawet nie przyszło do głowy, żeby przyjść i tu posprzątać! - kontynuował. - A ile jest kobiet w Paryżu? - wypalił wreszcie. - No ile, pytam? Ze 300 tysięcy! - wywrzeszczał. - I co? I żadna nie przyjdzie posprzątać!
- Wierzę Panu - odparła, spłoszona staruszka.
- Pani mi wierzy? Tu nie ma co wierzyć proszę Pani, tu trzeba przyjść i posprzątać!

I tak dowiedziałam się, że Polacy w Paryżu wciąż żyją w innej
epoce. Równouprawnienie ich jeszcze nie dotknęło.

czwartek, 1 listopada 2007

Photoquai


Biennale Photoquai (fotoprzystań), to zupełnie nowa inicjatywa zaproponowana przez Muzeum du quai Branly. Dotychczas zajmowało się ono historią fotografii. W końcu zrozumiało jednak, że historia jest historią i przyszła pora, by zasmakować w czasie rzeczywistym - fotografii rejestrującej teraźniejszość. Co ciekawe, nie jest to teraźniejszość Zachodnia, a światowa, a artyści zaproszeni na biennale, to ludzie kompletnie nieznani, przynajmniej szerszej publiczności w Europie.

Idea szczytna, tym szczytniejsza, iż by pomieścić ponad 400 zdjęć biorących udział w biennale, ulokowano je częściowo na przystani ciągnącej się od mostu Alma prawie do samej wieży Eiffela. Pozostała część rozbita została pomiędzy kilka ambasad i instytutów kultur narodowych. W ten sposób, wystawa jest w zdecydowanej części bezpłatna i ogólnodostępna.

Ponieważ całe przedsięwzięcie reklamowane było jako wydarzenie przedstawiające nieznanych fotografów z Europy Wschodniej, a także Azji i Ameryki Południowej, początkowo byłam zawiedziona. Spodziewałam się, że skoro jednym z organizatorów jest Instytut Polski, to na otwartej wystawie zobaczę prace przynajmniej jednego Polaka. Tymczasem po obejrzeniu ekspozycji przy Quai Branly, miałam wrażenie, iż Francuzi znów mówiąc Europa Wchodnia, myślą Rosja, bo z tej części Europy znalazłam jedynie prace Rosjan. (Jedyny Polak wystawiający swe prace to Bogdan Konopka. Fotografie tyczą się chińskiej prowincji i można je obejrzeć w Instytucie Polskim.) Wszystko to wydawało się jakimś absurdem, dopóki nie ujawnił się ostateczny wizerunek biennale. Okazało się, że Europa w ogóle nie była brana pod uwagę. Skupiono się jedynie na Azji, Australii, Afryce i Ameryce Południowej.

Doświadczenie się powiodło. Photoquai daje nam możliwość wglądu w tradycje i kulturę krajów, do których na co dzień nie mamy dostępu. Stwarza platformę dla spotkań międzykulturowych, otwiera na świat.
Fotografie Javiera Silvy z Peru i Jeana-François Manicoa z Guadelupy, czy Leonoda Tishkova i Borisa Bendikova z Rosji wprowadzają nas w świat ludowej mitologii. Tworzą obrazy pełne magii i tajemnicy, miraże nawiązujące do folkloru i tradycji danej kultury.
Z kolei takie prace, jak fotografie
Mehraneh Atashi z Iranu, której, jako jedynej do tej pory kobiecie udało się wejść do męskiej sali gimnastycznej - ba, nie tylko wejść ale i zrobić zdjęcia - są świadectwem naszych czasów,w których rewolucja obyczajowa w krajach arabskich zdaje się być coraz bliżej dokonania się.

Biennale to strzał w dziesiątkę. Jest okazją dla wielu artystów do zaistnienia na arenie światowej, ale także okazją dla Paryża, odświeżającego nieco swój zatęchły wizerunek.
W walce o tytuł Światowej Stolicy Kultury , między Nowym Jorkiem, Paryżem i dawniej Wiedniem i Pragą, Paryż zdobywa kolejne punkty.

www.photoquai.fr

poniedziałek, 29 października 2007

29.10.2007 Athénée Louis-Jouvet


Teatr Athénée Louis - Jouvet polecił nam kolega Jarek;) Wychwalał teatr za świetny dobór sztuk i dobrych aktorów. Wybraliśmy sztukę L'ignorant et le fou, ponieważ, nie ukrywam, innej w tym miesiącu nie było. Fanem specjalnym teatru współczesnego nie jestem, o Thomasie Bernhardzie też niewiele wiedziałam, ale skoro Jarek polecał...

Sztuka, pomimo, iż angażowała 4 aktorów, okazała się być monologiem, co w teatrze trudno mi ścierpieć. Aktor wygłaszający owy monolog, nie wysilił się też bardzo, ponieważ miał za zadanie recytować podręcznik medyczny dotyczący chirurgii. W tym celu posługiwał się ściągawką, czytając tekst wprost z kajetu. Gra pozostałych aktorów sprowadzała się do powtarzania wybranych fragmentów podręcznika i do pokasływania lub wydawania z siebie innych dziwnych dźwięków od czasu do czasu. Wszystko po to, by pokazać problemy relacji córki śpiewaczki z ojcem alkoholikiem i skrytykować środowisko artystyczne.

Ja rozumiem, że śmiertelna choroba miała olbrzymi wpływ na autora i że przez cytowanie przebiegu operacji mózgu, a później żołądka, pragnął pokazać, iż medycyna ma tak naprawdę niewiele wspólnego z człowiekiem, jako istotą ludzką. Jak sam mówił zresztą: medycyna nie zajmuje się istotą ludzką, a jedynie jej organami. Rozumiem również, że życiowe doświadczenie uzmysłowiło mu, że medycyna nie jest w stanie uleczyć jego ducha. Ale żeby czynić podręcznik chirurgiczny środkiem wyrazu dla problemów rodzinnych, trzeba mieć nie lada wyobraźnię i nie lada pogardzać odbiorcą. Artyści - bohaterowie sztuki - nie cierpią zresztą swej publiki i zdaje się, iż Bernhard podobne miewał problema.

Wszystko w życiu, poza śmiercią, jest farsą - powiedział Bernhard i farsą też była jego sztuka, którą nie wiadomo jak odebrać i nie wiadomo też, czy to wina aktorów, czy kiepskiego tekstu.
Podejrzewam, że można było jednak lepiej dobrać repertuar serwowany przez najbardziej cenionego pisarza Austrii.

Jedynym, wartym zobaczenia tej soboty okazał się budynek teatru. Wybudowany w 1892 roku, jest przepieknym reprezentantem stylu secesji, kierunku, który narodził się w Belgii. W co naprawdę trudno uwierzyć, widząc w Paryżu takie perły, jak Grand Palais, czy właśnie Athénée Louis-Jouvet. Nota bene, samo Athénée osiedliło się w budynku stosunkowo niedawno, bo 25 lat temu.W tym roku właśnie, świętuje swoje ćwierćwiecze.

Po kiepskich doświadczeniach sobotniej nocy, humory poprawiło nam odkrycie niedzielnego popołudnia, czyli muzyka Eduardo Gamboa, a konkretnie jego Transparencje, lekkie utwory inspirowane muzyką Mariachi. Przypadkiem biegając po cite universitaire na południu Paryża, niedaleko naszego domu, trafiliśmy na próbę trójki hiszpańskich zapaleńców i jednego, nieśmiałego Francuza. Kwartet na flet poprzeczny, wiolączelę i skrzypce zrobił na nas niesamowite wrażenie. Polecam muzykę na niedzielne, popołudniowe siesty.

sobota, 27 października 2007

27 październik 2007










30 września 2007 roku, po pięciu latach, powróciliśmy do kraju żabojadów. Powróciliśmy na chwilę, choć nie wiemy jeszcze, na jak długą. Tutaj się poznaliśmy i tutaj na powrót wylądowaliśmy w tydzień po naszym ślubie. Czy coś się zmieniło? Poza fasadą i wnętrzami niektórych budynków w Paryżu - niewiele. Tak jak dawniej 10 milionów ludzi przetacza się przez ulice tego miasta, tłoczy się na stacjach metra, wykłóca się w ulicznych korkach i przynajmniej raz w miesiącu urządza sobie mouvement social paraliżując komunikację tego, czy innego miasta.

Język francuski, jak zawsze posesywny, wkrada się do mojej głowy, zawłaszcza moje myśli, powodując, że nawet podświadomie, odbierając o poranku telefon wolę rozmawiać z recepcjonistką po francusku, niż po angielsku (języku w którym porozumiewałam się przez ostatnie dwa lata i w którym wciąż sie w sumie porozumiewam, ale raczej listownie). Wszechobecność francukiej telewizji i prasy, kinowego dubbingu, radia, powoduje, że nawet pomimo utrzymywanych kontaktów towarzyskich w języku angielskim i codziennych rozmów w języku polskim, język francuski staje się moim drugim ja, moim langue matternelle, moją drugą połową.

Może ma to związek z łacińskim podłożem języka francuskiego, z powrotem do źródeł, z wypieraniem słowiańskości?
Maria Janion w Niesamowitej słowiańszczyźnie pisze o tym, jak podbicie narodów słowiańskich przez religię chrześcijańską doprowadziło do swoistej amnezji. Gwałt zadany naszej kulturze, wytworzył w nas rozdwojenie jaźni - poczucie wielkości i małości zarazem. Niejasne wspomnienia dawnych czasów oparte na szczątkach legend, wywołują w nas uczucie pychy. Zanika ono w obliczu wielkości kultury zachodniej, która zjawiła się u nas wraz z chrześcijaństwem, rodząc w nas kompleksy, niszcząc naszą kulturę, powodując jej zapomnienie. Może to samo dzieje się w mojej głowie? Może średniowieczna łacina wypiera prastarą słowiańszczyznę? Mechanizm przystosowawczy? Tylko dlaczego jest on tak silny? Tak zaborczy?

Na razie, inaczej niż poprzednio, staramy się poznawać ludzi, zrzeszać ich wokół siebie, przywiązywać się, choć za moment trzeba się będzie rozstawać... Cóż innego jednak niż ludzie, tworzy miasta i nasze w nich życie. Mając dookoła siebie ludzi uczestniczymy w życiu Paryża. Żyjemy, nie pozwalając sobie zwariować;)