poniedziałek, 29 października 2007

29.10.2007 Athénée Louis-Jouvet


Teatr Athénée Louis - Jouvet polecił nam kolega Jarek;) Wychwalał teatr za świetny dobór sztuk i dobrych aktorów. Wybraliśmy sztukę L'ignorant et le fou, ponieważ, nie ukrywam, innej w tym miesiącu nie było. Fanem specjalnym teatru współczesnego nie jestem, o Thomasie Bernhardzie też niewiele wiedziałam, ale skoro Jarek polecał...

Sztuka, pomimo, iż angażowała 4 aktorów, okazała się być monologiem, co w teatrze trudno mi ścierpieć. Aktor wygłaszający owy monolog, nie wysilił się też bardzo, ponieważ miał za zadanie recytować podręcznik medyczny dotyczący chirurgii. W tym celu posługiwał się ściągawką, czytając tekst wprost z kajetu. Gra pozostałych aktorów sprowadzała się do powtarzania wybranych fragmentów podręcznika i do pokasływania lub wydawania z siebie innych dziwnych dźwięków od czasu do czasu. Wszystko po to, by pokazać problemy relacji córki śpiewaczki z ojcem alkoholikiem i skrytykować środowisko artystyczne.

Ja rozumiem, że śmiertelna choroba miała olbrzymi wpływ na autora i że przez cytowanie przebiegu operacji mózgu, a później żołądka, pragnął pokazać, iż medycyna ma tak naprawdę niewiele wspólnego z człowiekiem, jako istotą ludzką. Jak sam mówił zresztą: medycyna nie zajmuje się istotą ludzką, a jedynie jej organami. Rozumiem również, że życiowe doświadczenie uzmysłowiło mu, że medycyna nie jest w stanie uleczyć jego ducha. Ale żeby czynić podręcznik chirurgiczny środkiem wyrazu dla problemów rodzinnych, trzeba mieć nie lada wyobraźnię i nie lada pogardzać odbiorcą. Artyści - bohaterowie sztuki - nie cierpią zresztą swej publiki i zdaje się, iż Bernhard podobne miewał problema.

Wszystko w życiu, poza śmiercią, jest farsą - powiedział Bernhard i farsą też była jego sztuka, którą nie wiadomo jak odebrać i nie wiadomo też, czy to wina aktorów, czy kiepskiego tekstu.
Podejrzewam, że można było jednak lepiej dobrać repertuar serwowany przez najbardziej cenionego pisarza Austrii.

Jedynym, wartym zobaczenia tej soboty okazał się budynek teatru. Wybudowany w 1892 roku, jest przepieknym reprezentantem stylu secesji, kierunku, który narodził się w Belgii. W co naprawdę trudno uwierzyć, widząc w Paryżu takie perły, jak Grand Palais, czy właśnie Athénée Louis-Jouvet. Nota bene, samo Athénée osiedliło się w budynku stosunkowo niedawno, bo 25 lat temu.W tym roku właśnie, świętuje swoje ćwierćwiecze.

Po kiepskich doświadczeniach sobotniej nocy, humory poprawiło nam odkrycie niedzielnego popołudnia, czyli muzyka Eduardo Gamboa, a konkretnie jego Transparencje, lekkie utwory inspirowane muzyką Mariachi. Przypadkiem biegając po cite universitaire na południu Paryża, niedaleko naszego domu, trafiliśmy na próbę trójki hiszpańskich zapaleńców i jednego, nieśmiałego Francuza. Kwartet na flet poprzeczny, wiolączelę i skrzypce zrobił na nas niesamowite wrażenie. Polecam muzykę na niedzielne, popołudniowe siesty.

sobota, 27 października 2007

27 październik 2007










30 września 2007 roku, po pięciu latach, powróciliśmy do kraju żabojadów. Powróciliśmy na chwilę, choć nie wiemy jeszcze, na jak długą. Tutaj się poznaliśmy i tutaj na powrót wylądowaliśmy w tydzień po naszym ślubie. Czy coś się zmieniło? Poza fasadą i wnętrzami niektórych budynków w Paryżu - niewiele. Tak jak dawniej 10 milionów ludzi przetacza się przez ulice tego miasta, tłoczy się na stacjach metra, wykłóca się w ulicznych korkach i przynajmniej raz w miesiącu urządza sobie mouvement social paraliżując komunikację tego, czy innego miasta.

Język francuski, jak zawsze posesywny, wkrada się do mojej głowy, zawłaszcza moje myśli, powodując, że nawet podświadomie, odbierając o poranku telefon wolę rozmawiać z recepcjonistką po francusku, niż po angielsku (języku w którym porozumiewałam się przez ostatnie dwa lata i w którym wciąż sie w sumie porozumiewam, ale raczej listownie). Wszechobecność francukiej telewizji i prasy, kinowego dubbingu, radia, powoduje, że nawet pomimo utrzymywanych kontaktów towarzyskich w języku angielskim i codziennych rozmów w języku polskim, język francuski staje się moim drugim ja, moim langue matternelle, moją drugą połową.

Może ma to związek z łacińskim podłożem języka francuskiego, z powrotem do źródeł, z wypieraniem słowiańskości?
Maria Janion w Niesamowitej słowiańszczyźnie pisze o tym, jak podbicie narodów słowiańskich przez religię chrześcijańską doprowadziło do swoistej amnezji. Gwałt zadany naszej kulturze, wytworzył w nas rozdwojenie jaźni - poczucie wielkości i małości zarazem. Niejasne wspomnienia dawnych czasów oparte na szczątkach legend, wywołują w nas uczucie pychy. Zanika ono w obliczu wielkości kultury zachodniej, która zjawiła się u nas wraz z chrześcijaństwem, rodząc w nas kompleksy, niszcząc naszą kulturę, powodując jej zapomnienie. Może to samo dzieje się w mojej głowie? Może średniowieczna łacina wypiera prastarą słowiańszczyznę? Mechanizm przystosowawczy? Tylko dlaczego jest on tak silny? Tak zaborczy?

Na razie, inaczej niż poprzednio, staramy się poznawać ludzi, zrzeszać ich wokół siebie, przywiązywać się, choć za moment trzeba się będzie rozstawać... Cóż innego jednak niż ludzie, tworzy miasta i nasze w nich życie. Mając dookoła siebie ludzi uczestniczymy w życiu Paryża. Żyjemy, nie pozwalając sobie zwariować;)