czwartek, 13 listopada 2008

Bilans roku...


31 października nasza roczna podróż poślubna zakończyła się.

Liczba zjedzonych tabletek – tony;

Odbyte choroby, infekcje – tuzin;

Stres – niepoliczalny;

Bilans kilogramów:

Paryż: +10; Berlin -10

Jakość życia:

Paryż – la vie n'est pas si belle; Berlin – leben ist schon gut!:)


Siedząc w Warszawie i myśląc o minionym roku myślę sobie, iż mam dosyć podróży, przynajmniej tych po Europie:) Paryż był piękny, poetyczny, wizualnie atrakcyjny, przede wszystkim jednak samotny, smutny i znerwicowany. Berlin – przeciwnie. Najbiedniejsze miasto Zachodniej Europy tętniło życiem, pozytywną energią, przestrzenią i możliwościami. Tu żyło się spokojnie, z dnia na dzień, nie myśląc o troskach. Wszystko było proste i poukładane. Ludzie mili i przystępni w nawiązywaniu kontaktów, a związki z nimi trwałe.

Mówią, że w Paryżu są najbogatsze zbiory muzealne, jednak to w Berlinie najwięcej można się w muzeach nauczyć. Przyciągająca na Museum Isle głowa Nefertiti była pretekstem do poznania, na stosunkowo małej przestrzeni, całej historii Egiptu wraz z jego wierzeniami i obyczajami. Zaś monumentalna wystawa o Babilonie, nie tylko pozwoliła dogłębnie poznać historię, sztukę i społeczeństwo miasta, ale także zanalizować jego wpływ na europejską mentalność od średniowiecza po współczesność. Takich atrakcji nie oferował ani Louvre, ani Orsay. Oba miejsca zakładały bowiem, że przychodzi je odwiedzać erudyta, który wie wszystko od początków świata po dzień dzisiejszy. Nikt tam nie stara się nikogo wtajemniczać. Wiedza jest w końcu dla elit.

W początkowym okresie pobytu w Paryżu (a czasami i później) Le Monde i Le Figaro udawało nam się zdobywać za darmo. I choć w tamtym okresie Cecilia zostawiła Sarko, po czym Sarko upolował Carlę, to jednak od wenezuelskiego serialu w wersji francuskiej, woleliśmy stateczne rządy Angeli Merkel i płatne Die Zeit i Frankfurter Allgemeine Zeitung. Prasa w Niemczech jest na bardzo wysokim poziomie, zarówno od strony wizualnej, jak i od strony metodologii przekazywania informacji. Czytanie jej, choćby tylko raz na tydzień wynosiło człowieka na intelektualne wyżyny.

W Berlinie życie było przewidywalne, ceny śmiesznie niskie, rynek second hand dobrze rozwinięty, a pociągi zawsze przyjeżdżały na czas. Hofstede pisał, że Niemcy panicznie boją się nieprzewidywalności, co najlepiej widać na dworcach. Tam trudne do określenia opóźnienia oznajmia się tonem grobowym, a pasażerowie w pociągach dostają do postudiowania rozkład jazdy, by samemu móc sprawdzić, czy aby na pewno pociąg czasowo jedzie zgodnie z planem. W Paryżu nikt się takimi bzdurami nie przejmował, a strajki transportu publicznego zdarzały się w ciągu roku częściej, niż okresy, w których wszystko funkcjonowało zgodnie z planem.

I choć w Berlinie tylko raz byliśmy w teatrze (na Operze za trzy grosze Brechta, w reżyserii Roberta Wilsona) i ani razu na koncercie, to jednak ten jeden wypad dał nam więcej intelektualnej pożywki, niż wszystkie paryskie spektakle razem wzięte. Dość przyznać, że scenografia Boba Wilsona tworzona konsekwentnie od lat 70-tych, była na pewno inspiracją dla Tima Burtona w pracy nad Gnijącą Panną Młodą. Reżyser niemal dosłownie przeniósł stylistykę spektaklu do swojej animacji. Teatr berliński jest intelektualnym wyzwaniem. W stolicy Niemiec pracują w chwili obecnej teatralni i baletowi geniusze, tworząc prawdopodobnie najbardziej nowatorskie sztuki na świecie. A Paryż? Cóż, Paryż się starzeje, porasta kurzem i zaczyna trącić myszką...

środa, 27 sierpnia 2008

A propos cienkiej zielonej plakietki...

...do domu mego w Polsce przyszedl list z niemieckiej policji informujacy, iz w ramach mojego 60 eurowego mandatu powinnam przelewem jeszcze doplacic brakujace 1 euro...

Dlaczego nie skasowali tego od razu? Nie wiem!
Podejrzewam, ze list i znaczek kosztowaly wiecej! Niezmordowani sa:)

czwartek, 7 sierpnia 2008

FKK

Dzisiejsze wiadomosci na Pro7 szczerze mnie ubawily. Niemcy nie moga swobodnie korzystac z polskich plazy, bo PiS i inni pruderyjni Polacy sa zgorszeni ich Frei Körper Kultur (kultura nudystow). Skad w Polakach tyle pruderii? Powiem Wam szczerze, ze nie ma nic przyjemniejszego niz pobieganie nago na plazy, na ktorej nikogo nie obchodzi to jak wygladasz i czy Ci zwisa i powiewa:) Moze rodacy zamiast zrzedzic sprobowaliby wreszcie smaku nagiej wolnosci i dolaczyli do rozneglizowanych sasiadow? Nie ma sie czego wstydzic, nasze ciala zbudowane sa tak samo:)
Przepraszam za brak polskich znakow diakrytycznych, ale siedze wlasnie w berlinskiej kafejce internetowej i nie moge sie nadziwic, temu co czytam: http://www.welt.de/vermischtes/article2241253/Polen_empoert_ueber_deutsche_Nudisten_auf_Usedom.html

niedziela, 27 lipca 2008

MAMMA MIA!


Wiem, że w ostatnich Obcasach już p. Orliński rozpisywał się w tym temacie.
Jednak po obejrzeniu filmu po prostu nie mogę się oprzeć pokusie, by o nim opowiedzieć. Nie, żebym była fanką musicali, o nie... można mnie nawet zaliczyć do zdecydowanych wrogów gatunku... jednak "Mamma Mia!" To o wiele, wiele więcej niż tylko musical.
Człowiek rzadko kiedy zdaje sobie sprawę słuchając ABBY, jak bardzo życiowe są piosenki tej grupy. Bo i słuchając ich ot tak, po prostu, odbiera się je zupełnie poza kontekstem. Dopiero włożone w tryby scenariusza (a stanowią one jego 70%), okazują się tworzyć zgrabną historię z życia wziętą. Poprzez film doświadcza się ich ponadczasowości i uniwersalności. To jedno.
Drugie to fakt, że większość piosenek na ekranie wykonuje po mistrzowsku sama Meryl Streep. Orliński podejrzewał nawet, że piosenki nagrywane były na planie i wiele z nich w takiej formie pozostawiono w filmie. I tu się z Orlińskim zgadzam! Nie słuchamy przesłodzonych w studiu playbacków, ale samej Meryl Streep, w czystej, "niewypolerowanej" formie. Efekt jest taki, że już po pierwszych kilku minutach filmu czujemy się tak, jakbyśmy siedzieli w teatrze muzycznym na widowni i oglądali cały show na żywo. Ma się ochotę klaskać, pstrykać i żywo reagować na wszystko to, co się na ekranie dzieje. A dzieje się mnóstwo!
Film zaczyna się w nieco sztucznej aurze, ale już za moment ta sztuczność i teatralność nikomu już nie przeszkadza. Wchodzi się w formę całym sobą i wie, że bez niej nie byłoby całej zabawy. Piosenka goni piosenkę, gag pogania gagiem i nagle człowiek zdaje sobie sprawę, że jest świadkiem być może najlepszej komedii tej dekady.
Po trzecie: kobiety! "Mamma Mia!" to film zrobiony przez kobietę o kobietach, nie tylko dla kobiet. Opowieść, choć w rozrywkowy sposób podana, wcale nie jest życiowo prosta. Córka szukająca swego ojca wśród 3 kandydatów i matka, która sama nie jest pewna, który z nich spłodził jej dziecię. Cały film to damsko-męskie starcie w doborowej obsadzie. Przeżywamy z nimi każdą rozterkę i każdą radość, bo gdzieś, kiedyś, a może nawet i teraz, te wszystkie historie są częścią nas i naszym udziałem.
Podsumowując: potęga piosenek ABBY, gra trzech świetnych aktorek i trzech doskonałych aktorów, w towarzystwie całej wioski Greków tworzą z filmu arcydzieło kina rozrywkowego. Zobaczyć Meryl Streep w wykonaniu bisowego Waterloo – bezcenne!

środa, 16 lipca 2008

Cienka zielona nalepka


Powiadają, ze stabilizacja jest wrogiem twórczości i ja się w pełni z tym twierdzeniem zgadzam. Byłam prawie w stu procentach pewna, że póki jestem w Berlinie, nie napiszę na blogu ani słowa. Po pierwsze dlatego, że nie mam w domu Internetu, a w kafejce już tak fajnie się nie pisze, a po drugie - nie bardzo jest o czym. Ponad 3 miesiące temu zostawiliśmy paryskie 7 metrów kwadratowych i przenieśliśmy się do 70 metrowego mieszkania w Berlinie. Co ciekawsze cena czynszu nam się nie zmieniła, za to jakość życia – bardzo. Nagle stało się spokojnie i bezstresowo. Wszystko ma tu swoje miejsce, zasady gry są przejrzyste i żyje się z dnia na dzień – po prostu.
Ponieważ nie ma się na co skarżyć, ani na co narzekać – odebrało mi mowę. Trudno odnieść się do rzeczywistości, która nie ma wad. I pewnie sielanka ta trwałaby do samego końca naszego pobytu tutaj, gdyby nie dzisiejszy dzień i fakt, że w ciągu 10 minut stałam się lżejsza o 60€ bez wyraźnego powodu. A nie, przepraszam – powód był i to bardzo poważny – mianowicie: brak zielonej nalepki na przedniej szybie samochodu, którą podobno wszyscy w Berlinie mają, nawet jednodniowi turyści!!!!
Parkowałam samochód, jak zawsze parę ulic od domu w strefie bezpłatnej, kiedy zauważyłam, że stoi za mną wóz policyjny i cierpliwie czeka, aż stanę. Stanęłam. Wtedy podszedł do mnie krasnal w zielonym kubraczku i poprosił o dokumenty. Zabawna rzecz, że niemiecka policja przybrała barwy nadziei. Może po to, żeby człowiek zawsze łudził się, że to tylko rutynowa kontrola? W każdym razie, ja taką nadzieję cicho żywiłam. Jednakże, po rutynowym przejrzeniu papierów, krasnal poinformował mnie, że jeżdżę po Berlinie bez zielonej plakietki, która jest w tej strefie obowiązkowa i którą można kupić w każdym warsztacie za 5€. Powiedziałam mu speszona, że nikt nam nic nie mówił o konieczności posiadania plakietek i jeśli to takie istotne, to oczywiście zaraz jutro z samego rana pobieżę do najbliższego warsztatu i takową nabędę.
Myślałam, że na tym koniec, że to tylko miłe ostrzeżenie, ale nie – krasnal wyprostował się i rzekł: "Brak plakietki – mandat 60€!" Popatrzyłam na niego zdziwiona i zaczęłam się swoim niezdarnym niemieckim bronić. Kiedy zrozumiałam, że nic w ten sposób nie osiągnę, zadzwoniłam do Micha.
Mich zna niemiecki sehr gut! Rozmawiał z krasnalem 10 minut. Tłumaczył mu, że nie wiedzieliśmy, że nikt nam nie powiedział, że może by nas tak krasnal ulgowo potraktował... Odpowiedź krasnal musiał mieć wykutą na pamięć, bo bez zająknięcia wyśpiewał, że od 1 stycznia 2008 obowiązuje ustawa, że wszędzie było o niej głośno, że prasa, radio i telewizja nadawały, że wszyscy turyści plakietkę mają, nawet jak zjeżdżają do Berlina nur für Sonntag, srutututu pęczek drutu 60 € się należy.
Nie pomogły perswazje tytułem złego traktowania turystów i obcokrajowców ogółem. Nie pomogło zdanie, że to takie typowe dla Niemców – brak elastyczności, zrozumienia i serca.
Serca może i oni nie mają, ale krasnal był wyposażony w całkiem sprawne nogi, którymi przebierał w miejscu ze złości i wymachując mi przed nosem telefonem powiedział, że jeśli nie zapłacę na miejscu to on odholuje mi samochód na policyjny parking i, że jeśli czegoś jeszcze nie mogę pojąć to on zadzwoni po tłumacza, za którego będę musiała zapłacić.
Miałam ochotę krasnala przytulić, żeby już nie dreptał i się uspokoił. Nie miałam przy sobie tylu pieniędzy. Musiałam więc udać się do bankomatu, by je wyjąć. Ale krasnal był na tyle miły, że poczekał. Zapłaciłam, podpisałam co trzeba i udałam się nach Hause.
Cóż mogę Wam powiedzieć. Jeśli wybieracie się do Berlina samochodem – kupcie sobie zawczasu zieloną plakietkę. A przyjechać warto – życie artystyczne kwitnie, wystawy, kawiarnie, koncerty, festiwale... tyle że pada. Jak chcecie słońca to lepiej zostańcie w domu. Uratujecie planetę oszczędzając na benzynie i na cienkiej, zielonej plakietce.

poniedziałek, 28 stycznia 2008

Autobus nr 68













Nie wiem, czy zauważyliście, ale paradoksalnie, będąc w Paryżu najczęściej podróżuje się metrem. Paradoksalnie dlatego, że Paryż jest bądź co bądź piękny i chciałoby się go raczej oglądać z perspektywy ptaka, a nie kreta.

Jednakże praktyczniej - bo szybciej - okazuje się podróżować metrem i jego krecimi korytarzami. W nich człowiek najpierw czuje się jak mrówka, biegnąc z innymi mrówkami po owych korytarzach, a potem przemienia się w sardynkę, kiedy to drzwi metra się zamykają, a my z przylepionym do szyby nosem staramy się wywalczyć sobie odrobinę miejsca między innymi sardynkami.
I tak co rano Paryżanie pocąc się i sapiąc docierają w tej konserwie do pracy, a potem tą samą konserwą z niej wracają.

Postanowiłam przestać być praktyczna i zacząć jeździć autobusem. Nie zdawałam sobie nawet sprawy jakie to radosne doświadczenie. Po pierwsze autobus w Paryżu jest jak luksusowa limuzyna. Spotkać w nim można zarówno wyperfumowane panie w modnych płaszczykach od Vuittona, jak i panów w butach od Ermenegildo Zegny. Zdarza się, iż podróżuje się z sobowtórem sierżanta policji sfotografowanego przez Augusta Sandera w 1926 roku (imponujące wąsy). Nie zdaża się za to, spotykać w autobusach przedstawicieli biedniejszej części Paryża, a to z tej prostej przyczyny, że w autobusie trzeba pokazać bilet, a w metrze, zawsze można sobie poradzić bez.
I jest zupełnie jak w Wehikule Czasu H.G. Wellsa, na górze Elojowie, na dole Morlokowie;)

Wracając jednak do autobusu, mam teraz to szczęście, że mieszkam niedaleko Placu Clichy i autobus, który codziennie rano wiedzie mnie prosto do biblioteki, to autobus linii 68.

Podróż zaczyna się od wspomnianego placu, ale tuż za rogiem mijamy już Moulin Rouge, by zaraz potem wziąć ostry zakręt w rue Blanche i z górki pomknąć w dół do samego centrum. Po drodze mijamy piekne stare bramy i niskie kamieniczki. Po czym wyłaniamy się na moment na przestronny plac d'Estienne d'Orve przy którym stoi imponujący kościół św. Trójcy, by znów zanurzyć się w meandry wąskich uliczek i ulicą Magador dotrzeć pod Teatr Magador, w którym obecnie oglądać można musical Król Lew, sciągnięty prosto z Brodway'u.
Jadąc dalej docieramy do przesmyku w Galerii Lafayette, gdzie dosłownie przed nosem autobusu można przeskoczyć z działu dla panów do działu dla pań. Wąskie meandry kończą się wraz z owym przesmykiem, bo już za chwilę znajdujemy się na tyłach Opery Pałacu Garnier, po to tylko, by móc ją sobie obejrzeć ze wszystkich stron, a potem jadąc Avenue de l'Opera obracać wciąż głowę i przez tylnią szybę podziwiać ją w całej okazałości. Najciekawszy moment zaczyna się jednak w chwilę potem, gdy mijając Palais Royal i znajdujący się przy nim Teatr Comedie Franciase, wjeżdzamy na dziedziniec Louvru. Autobus turkocząc po kocich łbach przejeżdża pod łukiem szerokiej bramy, po czym niby karoca staje przed pałacem, gdzie ma przystanek. Po lewej piramida - wejście do muzeum, po prawej ogrody Toulerie, a po środku my hrabiowie i księżne jadący w zielonym, długim powozie bujającym się na boki. Opuszczamy skąpany w słońcu pałac, by tuż za nim znaleźć się na Pont Royal - moście królewskim i po swojej lewej stronie ujrzeć obraz Cite, jakby zdjęty z fotografii Cartier - Bresson'a, a po prawej podziwiać dach Grand Palais i architekturę Musee d'Orsay. Skręcamy dalej w Quai Voltaire i po lewej mijamy szereg galerii z antykami i drogich restauracji, a po prawej, jadąc wzdłuż Musee d'Orsay, możemy podziwiać barki cumujące na Sekwanie.
Zaraz za muzeum autobus skręca w ulicę Solferino i dojeżdzając nią do stacji metra o tej samej nazwie, skręca w Saint Germain, a potem w Boulevard Raspail, gdzie kończy się bajkowa droga, a zaczyna moja praca;) Trzeba wysiąść i drałować do biblioteki... pozostaje jednak nadzieja na drogę powrotną, która, choć mija te wszystkie miejsca pod nieco innym kątem, jest nie mniej ekscytująca.

wtorek, 22 stycznia 2008

Paryż i my;)













Nowy Rok rozpoczęliśmy w Paryżu przeprowadzką. Zamieniliśmy komfortowy pokój hotelowy na udawane M2. Udawane, ponieważ to 30 metrowe mieszkanie pierwotnie miało 1 pokój, łazienkę i kuchnię. Kuchnia była jednak większa od pokoju i mogła swobodnie służyć za kuchnio-salon. Postawiono w niej zatem duzą szafę (mniej więcej na dwóch trzecich długości), mającą udawać ścianę i w ten sposób utworzono w kuchni drugi pokój;) dzięki czemu olbrzymimi kosztami wynajmu mogą się podzielić cztery osoby, a nie dwie. Szczerze się zastanawiam, jak Paryżanie, przy swoich śmiesznie niskich płacach radzą sobie z życiem, o studentach nie wspomnę.

W pokoju na wysokości okna mamy łóżko-materac. Okno jest nieszczelne, więc w nocy przewiewa nam trochę czupryny. Sytuacje ratują zasłony, ale jest to raczej połowiczne rozwiązanie. Ogrzewania na noc nie polecam. Tak małe pomieszczenie nagrzewa się bardzo szybko i w którymś momencie z braku tlenu zaczyna się śnić już tylko koszmary. Człowiek wstaje rano niewyspany, w głowie mu szumi jak na kacu - lepiej już spać nakrytym pierzyną po uszy, ale poprawnie oddychać.

W związku ze specyficznymi warunkami klimatycznymi panującymi w naszym pokoju, przygotowania (szczególnie Micha) do snu zabierają trochę czasu. Najpierw zakłada się zwykłe majtki, potem ciepłe gacie, w które z namaszczeniem wciska się podkoszulkę. Następnie zakłada się kalesony i na to wszystko dopiero piżamę - ciepłą oczywiście. Do tego na stopy konieczne są dwie pary skarpetek, a raczej skarpet - kołdrę mamy przykrótką i nigdy nie wiadomo, z której strony zaatakuje człowieka zdradliwy wiaterek. Pomyślelibyście, że cierpimy tutaj srogą zimę - ale na dworze jest codziennie 15 stopni, w nocy temperatura spada może do ośmiu. Powietrze jest jednak wilgotne, co powoduje, że jest tak naprawdę zimniej, niż termometry na to wskazują. A szczególnie zimno jest tym, którzy mają niskie ciśnienie.

Zaciskamy jednak zęby i korzystamy z życia kulturalnego, póki jest nam ono jeszcze dane.
Ostatni weekend spędzaliśmy korzystając z rozrywek darmowych. Po pierwsze wystawa Latitudes w Hotel de Ville. Mieliśmy zobaczyć inną - Paryż w kolorze od braci Lumiere, az po dzień dzisiejszy, jednakże przybyliśmy na nią pod wieczór, kiedy kolejka była już tak długa, że strażnicy zaczęli nas przeganiać. Postawiliśmy więc na wystawę obok, która cieszyła się nikłym zainteresowaniem i wejście było bez kolejki. Nie żałujemy.
Prace przygotowane głównie przez artystów pochodzących z byłych kolonii, były niezwykle wymowne, a chwilami nawet okrutne. Ukazywały efekty utopijnego założenia Europejczyków, że wszystkich można zunifikować poprzez jedynie słuszną edukację, którą dobry biały człowiek niesie głupiemu tubylcowi. Ta wystawa to było mocne uderzenie.

Jeszcze mocniejszym był rzężący sopran podstarzałej śpiewaczki w kościele reformatorów w 11 dzielnicy. Chcieliśmy dotrwać do Offenbacha, ale po Schubercie mieliśmy dosyć i w czasie przerwy zwinęliśmy się szybko do domu, trenując w drodze nasze własne talenta operowe, co zapewne oburzyło niejednego Paryżanina układającego się właśnie do snu.

Niedziala przyniosła nam zupełnie nowe doznanie. Choć darmowy - koncert, ku pamięci zmarłego w lutym zeszłego roku Luisa Rizzo, zorganizowany był na najwyższym poziomie. W sali wypełnionej po brzegi kilkudziesięciu artystów grało, tańczyło i śpiewało argentyńskie tanga, robiąc to tak doskonale i przekonywująco, że przy niejednym utworze pociekły mi łzy.
Koncert był przeżyciem czystym i pełnym piękna. Następnego dnia na fali uniesienia obejrzałam sobie Tango Saury i po raz kolejny zrozumiałam, jak bardzo ta muzyka i ten taniec odzwierciedlają pasje życia. Przypomniała mi się Claudia, która patrząc na całującą się parę Hiszpanów powiedziała: "Oni, to dopiero wiedzą jak żyć." Czy to prawda? Czy tylko latynosi znają pełnię życia? Czy tylko oni wiedzą jak żyć? Po niedzielnym koncercie, odpowiedź brzmieć może tylko w jeden sposób: tak.