
To miał być najpiękniejszy nasz wieczór w Paryżu... a raczej mój najpiękniejszy, bo na
Dziadka do orzechów cieszyłam się jak dziecko. Bilety kupiłam z dużym wyprzedzeniem i szczerze, nie mogłam się doczekać 19 listopada - wizyty w krainie marzeń, powrotu do dzieciństwa - baletu, który miał być największym wydarzeniem tego roku. Opera Bastille reklamowała spektakl, jako jedno z najdroższych, najbardziej wystawnych przedsięwzięć, jakie do tej pory zorganizowano. Ludzie w kolejkach po bilety opowiadali sobie przeżycia z poprzednich realizacji baletu Czajkowskiego i byli wyraźnie oczarowani myślą, że będzie im dane przeżyć to jeszcze raz, jeszcze lepiej...
Byłam taka szczęśliwa, kiedy wczoraj o 16 wyszłam z domu, wiedząc, że wrócę do niego już z nowymi doświadczeniami - bogatsza o tyle doznań zmysłowych... najpierw jednak musiałam pojechać na Gare du Nord kupić sobie bilet na pociąg do Brukseli, dokąd wybieramy się w grudniu. Wiedziałam, że strajk nadal się toczy, ale mimo to niektóre linie metra jednak działają. Działała na pewno linia nr 4, która znajduje się niedaleko nas i wiedzie przez cały Paryż prosto na dworzec. Nie wiedziałam jednak na co się skazuję wsiadając do metra. Zaczęło się niewinnie. Mieszkam przy początku trasy, więc bez trudu znalazłam wolne miejsce. Problemy zaczęły się przy stacji Montparnasse - metro po brzegi wypełniło się ludźmi. I od tej pory miało tak być na każdej stacji, przez którą przejeżdżaliśmy. Ponieważ jest strajk i na linii czwórki jeździ jedno metro na dwa, kierowca, aby zachować
timing zatrzymywał się między stacjami i gasił prąd. Ludzie zachowywali się na granicy paniki. Niektórzy włączali agresywną muzykę, inni mruczęli coś pod nosem, wszystkim było duszno i czułam, jak z coraz większym przestrachem wsłuchujemy się w słowa kierowcy: "Proszę o jeszcze odrobinę cierpliwości". Atmosfera przypominała ciszę przed burzą. Kiedy wreszcie ruszaliśmy, na kolejnych stacjach ludzie bili się wchodząc i wychodząc z metra. Stan maksymalnego zagrożenia. Idealne warunki dla terrorystów.
Udało mi się w końcu dotrzeć na dworzec i kupić bilet. W drodze powrotnej wysiadłam 7 stacji wcześniej i poszłam na spotkanie z Michem piechotą. Miałam dość agresywnego tłumu i przystanków między stacjami. Pod ziemią odbywało się prawdziwe piekło. Kierowcy mieli swych pasażerów w głębokim poważaniu. Wolałam wyjść i odetchnąć świeżym powietrzem.
Byłam zdecydowana, że do opery pojedziemy rowerami (miasto od września zaoferowało swoim mieszkańcom tzw. veliby - rowery, które można pożyczać na kilka godzin za niewielką opłatą). Na całym mieście, na co drugiej ulicy zainstalowano parkingi, przy których można rowery wypożyczać.
Spotkaliśmy się z Michałem pod jego szkołą i udaliśmy się prosto na taki parking. Niestety, nie tylko Michał kończył zajęcia o 18. Parking był pusty - wszystkie rowery wypożyczone. Kupiliśmy sobie jednak bilet upoważniający do wypożyczania i udaliśmy się na polowanie. Przy każdym postoju ludzie zachowywali się dość agresywnie i urządzali wyścigi do parkomatu, albo okupowali parking grupowo, choć nie było na nim co wypożyczać. My nie pozostawaliśmy w tyle. Walczyliśmy dzielnie i w końcu przy trzecim parkingu udało nam się po 10 minutach wywalczyć nasze veliby.
Jazda przez miasto była jak świeży powiew o poranku (choć zaawansowany był wieczór). Jechaliśmy szczęśliwi, podziwiając widoki, czuliśmy się wolni i pełni nadziei na nadchodzące przeżycie. Po 20 minutach dotarliśmy pod wrota Bastylii.
Tuż po wejściu do holu dopadła nas młoda dzieweczka z pytaniem na ustach, czy wiemy już jakie są ustalenia związane ze strajkiem.
- Z jakim strajkiem? - spytałam zdziwiona i gdzieś z tyłu głowy zadzwoniły mi wiadomości z zeszłego tygodnia, że opera też zastrajkuje i nie wiadomo jeszcze czy odbędą się spektakle. - -Chyba nie chce mi Pani powiedzieć, że spektakl został odwołany?!!!
- Nie Madame - odpowiedziało dziewczątko - spektakl się odbędzie, ale będzie sam balet, bez dekoracji - i wręczyła mi krótką notkę o strajku techników, mówiąc - ma Pani prawo uczestniczyć lub udać się do kas po zwrot pieniędzy.
- C'est pas vrai! - udało mi się tylko powiedzieć, bo w tym samym momencie nogi same powiodły mnie w stronę Michała. Szłam, myśląc tylko o tym, jak wspaniale reklamowano ten spektakl: tysiące srebrzących się dekoracji, setka wystawnie ubranych tancerzy, piękna choinka pośrodku sali... Dotarłam do Michała i jak dziecko rozpłakałam się w jego ramionach. Mój Rycerz nie mógł w to wszystko uwierzyć. Dzielnie pobiegł wyjaśnić sprawę raz jeszcze:
- Jak to bez dekoracji? - krzyczał - Jak to bez kostiumów, to w czym będą tańczyć?! W strojach kąpielowych?!!!
- Pan na mnie nie krzyczy, pan widzi, że nie strajkuję - ja przyszłam do pracy - odpowiedziało dzielnie wytrenowane dziewczę i zatkało tym samym Michała, któremu zabrakło argumentów.
Rozczarowany, wrócił do mnie i stwierdził, że on może obejrzeć balet w majtkach, bo jego to śmieszy i teraz już wszystko zależy ode mnie.
Zrezygnowałam. Poszliśmy odebrać pieniądze. Po co mi
Dziadek do orzechów połowiczny? Wigilia bez choinki, bez prezentów... Po co odzierać się z marzeń? To jak balet za czasów komunistycznych - damy Ci ogólny zarys, resztę sobie wyobraź. Nie po to przyjechałam do Paryża.
I pomyśleć, że są tacy, którzy na operę do Paryża przyjeżdzają specjalnie z Japonii, albo ze Stanów, i po co? Po to, żeby za 150 euro za miejsce obejrzeć facetów w rajtuzach!!! Może i w przypadku innych baletów to by wystarczyło, ale nie w przypadku
Dziadka do orzechów... Widziałam 70- letnich Francuzów, którzy równie zawiedzeni jak ja, szli odebrać pieniądze do kasy. Nie ważne ile masz lat, na
Dziadku do orzechów znów stajesz się dzieckiem i jak dziecko chcesz być rozpieszczanym!
Wieczór spedziliśmy odstresowując się przy kawie. Cieszyła nas myśl o powrocie do domu na rowerach.
Życie jednak okazało się być okrutne. Pod operą udało się nam zdobyć tylko jeden rower. Drugi miał zepsute siodełko. Postanowiłam więc go odstawić i wziąć inny. Manewr ten okazał się jednak niemożliwy, ze względu na blokadę jaką zabezpiecza się natychmiastowe wynajmowanie kolejnego roweru po odstawieniu poprzedniego - trzeba odczekać 5 minut. Po dzięsięciu minutach wciąż nie mogłam nic wypożyczyć. Zostawiłam więc Michała i pobiegłam na kolejny parking, który okazał się być pusty. Kiedy wróciłam, wszystkie rowery zostały już wypożyczone. Jedyny, który właśnie został odstawiony, nie był rozpoznawalny przez parkometr i nie można go było ruszyć.
Zdecydowaliśmy się wziąć metro. Jedno z tych nielicznych, które jeszcze działają. Ale ponieważ czułam się w nim źle z powodu opisanych wcześniej doświadczeń - wysiedliśmy na Chatelet, by przesiąść się jednak na rowery. Polowanie, które znów zmuszeni byliśmy zacząć, graniczyło z paranoją. Czułam się jak Asterix w wędrówce po urzędzię (
12 prac Asterixa - kto widział, ten zrozumie). Parkingi albo były puste, albo miały jeden rower, który okazał się nie mieć łańcucha, albo miały ich kilka, ale te które wybraliśmy nie miały akurat poowietrza i z powodu blokady musieliśmy się udać na spacer do następnego parkingu. Kiedy udało nam się wreszcie zdobyć coś co miało i koła, i łańcuch, i niezablokowane szprychy - ruszyliśmy i w tym samym momencie Michałowi odpadła osłona na łańcuch. Wrzuciliśmy ją do koszyka i ze słowami "Vive la France" na ustach, pojechaliśmy w deszczu, pod górkę do domu. Szczęśliwi jednak, że wreszcie jedziemy... że jesteśmy wolni i niezależni od wszystkich chorych rozporządzeń tego kraju, od braku szacunku okazywanego drugiemu człowiekowi, od strajków i marazmu, i rozlatujących się velibów.
Jeśli chcecie przeżyć komunizm raz jeszcze - przyjedźcie do nas. Bo Francja - chcemy tego, czy nie - ma więcej wspólnego z komunistycznym ustrojem, niż z demokracją.
Najlepsze jest to, że o tym wie; że jest świadoma swoich niedoskonałości i z uśmiechem się do nich przyznaje.
Jeśli mówić o szoku kulturowym, to myślę, że wczoraj przeżyłam jego apogeum w najbardziej brutalnej formie.