niedziela, 27 lipca 2008

MAMMA MIA!


Wiem, że w ostatnich Obcasach już p. Orliński rozpisywał się w tym temacie.
Jednak po obejrzeniu filmu po prostu nie mogę się oprzeć pokusie, by o nim opowiedzieć. Nie, żebym była fanką musicali, o nie... można mnie nawet zaliczyć do zdecydowanych wrogów gatunku... jednak "Mamma Mia!" To o wiele, wiele więcej niż tylko musical.
Człowiek rzadko kiedy zdaje sobie sprawę słuchając ABBY, jak bardzo życiowe są piosenki tej grupy. Bo i słuchając ich ot tak, po prostu, odbiera się je zupełnie poza kontekstem. Dopiero włożone w tryby scenariusza (a stanowią one jego 70%), okazują się tworzyć zgrabną historię z życia wziętą. Poprzez film doświadcza się ich ponadczasowości i uniwersalności. To jedno.
Drugie to fakt, że większość piosenek na ekranie wykonuje po mistrzowsku sama Meryl Streep. Orliński podejrzewał nawet, że piosenki nagrywane były na planie i wiele z nich w takiej formie pozostawiono w filmie. I tu się z Orlińskim zgadzam! Nie słuchamy przesłodzonych w studiu playbacków, ale samej Meryl Streep, w czystej, "niewypolerowanej" formie. Efekt jest taki, że już po pierwszych kilku minutach filmu czujemy się tak, jakbyśmy siedzieli w teatrze muzycznym na widowni i oglądali cały show na żywo. Ma się ochotę klaskać, pstrykać i żywo reagować na wszystko to, co się na ekranie dzieje. A dzieje się mnóstwo!
Film zaczyna się w nieco sztucznej aurze, ale już za moment ta sztuczność i teatralność nikomu już nie przeszkadza. Wchodzi się w formę całym sobą i wie, że bez niej nie byłoby całej zabawy. Piosenka goni piosenkę, gag pogania gagiem i nagle człowiek zdaje sobie sprawę, że jest świadkiem być może najlepszej komedii tej dekady.
Po trzecie: kobiety! "Mamma Mia!" to film zrobiony przez kobietę o kobietach, nie tylko dla kobiet. Opowieść, choć w rozrywkowy sposób podana, wcale nie jest życiowo prosta. Córka szukająca swego ojca wśród 3 kandydatów i matka, która sama nie jest pewna, który z nich spłodził jej dziecię. Cały film to damsko-męskie starcie w doborowej obsadzie. Przeżywamy z nimi każdą rozterkę i każdą radość, bo gdzieś, kiedyś, a może nawet i teraz, te wszystkie historie są częścią nas i naszym udziałem.
Podsumowując: potęga piosenek ABBY, gra trzech świetnych aktorek i trzech doskonałych aktorów, w towarzystwie całej wioski Greków tworzą z filmu arcydzieło kina rozrywkowego. Zobaczyć Meryl Streep w wykonaniu bisowego Waterloo – bezcenne!

środa, 16 lipca 2008

Cienka zielona nalepka


Powiadają, ze stabilizacja jest wrogiem twórczości i ja się w pełni z tym twierdzeniem zgadzam. Byłam prawie w stu procentach pewna, że póki jestem w Berlinie, nie napiszę na blogu ani słowa. Po pierwsze dlatego, że nie mam w domu Internetu, a w kafejce już tak fajnie się nie pisze, a po drugie - nie bardzo jest o czym. Ponad 3 miesiące temu zostawiliśmy paryskie 7 metrów kwadratowych i przenieśliśmy się do 70 metrowego mieszkania w Berlinie. Co ciekawsze cena czynszu nam się nie zmieniła, za to jakość życia – bardzo. Nagle stało się spokojnie i bezstresowo. Wszystko ma tu swoje miejsce, zasady gry są przejrzyste i żyje się z dnia na dzień – po prostu.
Ponieważ nie ma się na co skarżyć, ani na co narzekać – odebrało mi mowę. Trudno odnieść się do rzeczywistości, która nie ma wad. I pewnie sielanka ta trwałaby do samego końca naszego pobytu tutaj, gdyby nie dzisiejszy dzień i fakt, że w ciągu 10 minut stałam się lżejsza o 60€ bez wyraźnego powodu. A nie, przepraszam – powód był i to bardzo poważny – mianowicie: brak zielonej nalepki na przedniej szybie samochodu, którą podobno wszyscy w Berlinie mają, nawet jednodniowi turyści!!!!
Parkowałam samochód, jak zawsze parę ulic od domu w strefie bezpłatnej, kiedy zauważyłam, że stoi za mną wóz policyjny i cierpliwie czeka, aż stanę. Stanęłam. Wtedy podszedł do mnie krasnal w zielonym kubraczku i poprosił o dokumenty. Zabawna rzecz, że niemiecka policja przybrała barwy nadziei. Może po to, żeby człowiek zawsze łudził się, że to tylko rutynowa kontrola? W każdym razie, ja taką nadzieję cicho żywiłam. Jednakże, po rutynowym przejrzeniu papierów, krasnal poinformował mnie, że jeżdżę po Berlinie bez zielonej plakietki, która jest w tej strefie obowiązkowa i którą można kupić w każdym warsztacie za 5€. Powiedziałam mu speszona, że nikt nam nic nie mówił o konieczności posiadania plakietek i jeśli to takie istotne, to oczywiście zaraz jutro z samego rana pobieżę do najbliższego warsztatu i takową nabędę.
Myślałam, że na tym koniec, że to tylko miłe ostrzeżenie, ale nie – krasnal wyprostował się i rzekł: "Brak plakietki – mandat 60€!" Popatrzyłam na niego zdziwiona i zaczęłam się swoim niezdarnym niemieckim bronić. Kiedy zrozumiałam, że nic w ten sposób nie osiągnę, zadzwoniłam do Micha.
Mich zna niemiecki sehr gut! Rozmawiał z krasnalem 10 minut. Tłumaczył mu, że nie wiedzieliśmy, że nikt nam nie powiedział, że może by nas tak krasnal ulgowo potraktował... Odpowiedź krasnal musiał mieć wykutą na pamięć, bo bez zająknięcia wyśpiewał, że od 1 stycznia 2008 obowiązuje ustawa, że wszędzie było o niej głośno, że prasa, radio i telewizja nadawały, że wszyscy turyści plakietkę mają, nawet jak zjeżdżają do Berlina nur für Sonntag, srutututu pęczek drutu 60 € się należy.
Nie pomogły perswazje tytułem złego traktowania turystów i obcokrajowców ogółem. Nie pomogło zdanie, że to takie typowe dla Niemców – brak elastyczności, zrozumienia i serca.
Serca może i oni nie mają, ale krasnal był wyposażony w całkiem sprawne nogi, którymi przebierał w miejscu ze złości i wymachując mi przed nosem telefonem powiedział, że jeśli nie zapłacę na miejscu to on odholuje mi samochód na policyjny parking i, że jeśli czegoś jeszcze nie mogę pojąć to on zadzwoni po tłumacza, za którego będę musiała zapłacić.
Miałam ochotę krasnala przytulić, żeby już nie dreptał i się uspokoił. Nie miałam przy sobie tylu pieniędzy. Musiałam więc udać się do bankomatu, by je wyjąć. Ale krasnal był na tyle miły, że poczekał. Zapłaciłam, podpisałam co trzeba i udałam się nach Hause.
Cóż mogę Wam powiedzieć. Jeśli wybieracie się do Berlina samochodem – kupcie sobie zawczasu zieloną plakietkę. A przyjechać warto – życie artystyczne kwitnie, wystawy, kawiarnie, koncerty, festiwale... tyle że pada. Jak chcecie słońca to lepiej zostańcie w domu. Uratujecie planetę oszczędzając na benzynie i na cienkiej, zielonej plakietce.