poniedziałek, 28 stycznia 2008

Autobus nr 68













Nie wiem, czy zauważyliście, ale paradoksalnie, będąc w Paryżu najczęściej podróżuje się metrem. Paradoksalnie dlatego, że Paryż jest bądź co bądź piękny i chciałoby się go raczej oglądać z perspektywy ptaka, a nie kreta.

Jednakże praktyczniej - bo szybciej - okazuje się podróżować metrem i jego krecimi korytarzami. W nich człowiek najpierw czuje się jak mrówka, biegnąc z innymi mrówkami po owych korytarzach, a potem przemienia się w sardynkę, kiedy to drzwi metra się zamykają, a my z przylepionym do szyby nosem staramy się wywalczyć sobie odrobinę miejsca między innymi sardynkami.
I tak co rano Paryżanie pocąc się i sapiąc docierają w tej konserwie do pracy, a potem tą samą konserwą z niej wracają.

Postanowiłam przestać być praktyczna i zacząć jeździć autobusem. Nie zdawałam sobie nawet sprawy jakie to radosne doświadczenie. Po pierwsze autobus w Paryżu jest jak luksusowa limuzyna. Spotkać w nim można zarówno wyperfumowane panie w modnych płaszczykach od Vuittona, jak i panów w butach od Ermenegildo Zegny. Zdarza się, iż podróżuje się z sobowtórem sierżanta policji sfotografowanego przez Augusta Sandera w 1926 roku (imponujące wąsy). Nie zdaża się za to, spotykać w autobusach przedstawicieli biedniejszej części Paryża, a to z tej prostej przyczyny, że w autobusie trzeba pokazać bilet, a w metrze, zawsze można sobie poradzić bez.
I jest zupełnie jak w Wehikule Czasu H.G. Wellsa, na górze Elojowie, na dole Morlokowie;)

Wracając jednak do autobusu, mam teraz to szczęście, że mieszkam niedaleko Placu Clichy i autobus, który codziennie rano wiedzie mnie prosto do biblioteki, to autobus linii 68.

Podróż zaczyna się od wspomnianego placu, ale tuż za rogiem mijamy już Moulin Rouge, by zaraz potem wziąć ostry zakręt w rue Blanche i z górki pomknąć w dół do samego centrum. Po drodze mijamy piekne stare bramy i niskie kamieniczki. Po czym wyłaniamy się na moment na przestronny plac d'Estienne d'Orve przy którym stoi imponujący kościół św. Trójcy, by znów zanurzyć się w meandry wąskich uliczek i ulicą Magador dotrzeć pod Teatr Magador, w którym obecnie oglądać można musical Król Lew, sciągnięty prosto z Brodway'u.
Jadąc dalej docieramy do przesmyku w Galerii Lafayette, gdzie dosłownie przed nosem autobusu można przeskoczyć z działu dla panów do działu dla pań. Wąskie meandry kończą się wraz z owym przesmykiem, bo już za chwilę znajdujemy się na tyłach Opery Pałacu Garnier, po to tylko, by móc ją sobie obejrzeć ze wszystkich stron, a potem jadąc Avenue de l'Opera obracać wciąż głowę i przez tylnią szybę podziwiać ją w całej okazałości. Najciekawszy moment zaczyna się jednak w chwilę potem, gdy mijając Palais Royal i znajdujący się przy nim Teatr Comedie Franciase, wjeżdzamy na dziedziniec Louvru. Autobus turkocząc po kocich łbach przejeżdża pod łukiem szerokiej bramy, po czym niby karoca staje przed pałacem, gdzie ma przystanek. Po lewej piramida - wejście do muzeum, po prawej ogrody Toulerie, a po środku my hrabiowie i księżne jadący w zielonym, długim powozie bujającym się na boki. Opuszczamy skąpany w słońcu pałac, by tuż za nim znaleźć się na Pont Royal - moście królewskim i po swojej lewej stronie ujrzeć obraz Cite, jakby zdjęty z fotografii Cartier - Bresson'a, a po prawej podziwiać dach Grand Palais i architekturę Musee d'Orsay. Skręcamy dalej w Quai Voltaire i po lewej mijamy szereg galerii z antykami i drogich restauracji, a po prawej, jadąc wzdłuż Musee d'Orsay, możemy podziwiać barki cumujące na Sekwanie.
Zaraz za muzeum autobus skręca w ulicę Solferino i dojeżdzając nią do stacji metra o tej samej nazwie, skręca w Saint Germain, a potem w Boulevard Raspail, gdzie kończy się bajkowa droga, a zaczyna moja praca;) Trzeba wysiąść i drałować do biblioteki... pozostaje jednak nadzieja na drogę powrotną, która, choć mija te wszystkie miejsca pod nieco innym kątem, jest nie mniej ekscytująca.

wtorek, 22 stycznia 2008

Paryż i my;)













Nowy Rok rozpoczęliśmy w Paryżu przeprowadzką. Zamieniliśmy komfortowy pokój hotelowy na udawane M2. Udawane, ponieważ to 30 metrowe mieszkanie pierwotnie miało 1 pokój, łazienkę i kuchnię. Kuchnia była jednak większa od pokoju i mogła swobodnie służyć za kuchnio-salon. Postawiono w niej zatem duzą szafę (mniej więcej na dwóch trzecich długości), mającą udawać ścianę i w ten sposób utworzono w kuchni drugi pokój;) dzięki czemu olbrzymimi kosztami wynajmu mogą się podzielić cztery osoby, a nie dwie. Szczerze się zastanawiam, jak Paryżanie, przy swoich śmiesznie niskich płacach radzą sobie z życiem, o studentach nie wspomnę.

W pokoju na wysokości okna mamy łóżko-materac. Okno jest nieszczelne, więc w nocy przewiewa nam trochę czupryny. Sytuacje ratują zasłony, ale jest to raczej połowiczne rozwiązanie. Ogrzewania na noc nie polecam. Tak małe pomieszczenie nagrzewa się bardzo szybko i w którymś momencie z braku tlenu zaczyna się śnić już tylko koszmary. Człowiek wstaje rano niewyspany, w głowie mu szumi jak na kacu - lepiej już spać nakrytym pierzyną po uszy, ale poprawnie oddychać.

W związku ze specyficznymi warunkami klimatycznymi panującymi w naszym pokoju, przygotowania (szczególnie Micha) do snu zabierają trochę czasu. Najpierw zakłada się zwykłe majtki, potem ciepłe gacie, w które z namaszczeniem wciska się podkoszulkę. Następnie zakłada się kalesony i na to wszystko dopiero piżamę - ciepłą oczywiście. Do tego na stopy konieczne są dwie pary skarpetek, a raczej skarpet - kołdrę mamy przykrótką i nigdy nie wiadomo, z której strony zaatakuje człowieka zdradliwy wiaterek. Pomyślelibyście, że cierpimy tutaj srogą zimę - ale na dworze jest codziennie 15 stopni, w nocy temperatura spada może do ośmiu. Powietrze jest jednak wilgotne, co powoduje, że jest tak naprawdę zimniej, niż termometry na to wskazują. A szczególnie zimno jest tym, którzy mają niskie ciśnienie.

Zaciskamy jednak zęby i korzystamy z życia kulturalnego, póki jest nam ono jeszcze dane.
Ostatni weekend spędzaliśmy korzystając z rozrywek darmowych. Po pierwsze wystawa Latitudes w Hotel de Ville. Mieliśmy zobaczyć inną - Paryż w kolorze od braci Lumiere, az po dzień dzisiejszy, jednakże przybyliśmy na nią pod wieczór, kiedy kolejka była już tak długa, że strażnicy zaczęli nas przeganiać. Postawiliśmy więc na wystawę obok, która cieszyła się nikłym zainteresowaniem i wejście było bez kolejki. Nie żałujemy.
Prace przygotowane głównie przez artystów pochodzących z byłych kolonii, były niezwykle wymowne, a chwilami nawet okrutne. Ukazywały efekty utopijnego założenia Europejczyków, że wszystkich można zunifikować poprzez jedynie słuszną edukację, którą dobry biały człowiek niesie głupiemu tubylcowi. Ta wystawa to było mocne uderzenie.

Jeszcze mocniejszym był rzężący sopran podstarzałej śpiewaczki w kościele reformatorów w 11 dzielnicy. Chcieliśmy dotrwać do Offenbacha, ale po Schubercie mieliśmy dosyć i w czasie przerwy zwinęliśmy się szybko do domu, trenując w drodze nasze własne talenta operowe, co zapewne oburzyło niejednego Paryżanina układającego się właśnie do snu.

Niedziala przyniosła nam zupełnie nowe doznanie. Choć darmowy - koncert, ku pamięci zmarłego w lutym zeszłego roku Luisa Rizzo, zorganizowany był na najwyższym poziomie. W sali wypełnionej po brzegi kilkudziesięciu artystów grało, tańczyło i śpiewało argentyńskie tanga, robiąc to tak doskonale i przekonywująco, że przy niejednym utworze pociekły mi łzy.
Koncert był przeżyciem czystym i pełnym piękna. Następnego dnia na fali uniesienia obejrzałam sobie Tango Saury i po raz kolejny zrozumiałam, jak bardzo ta muzyka i ten taniec odzwierciedlają pasje życia. Przypomniała mi się Claudia, która patrząc na całującą się parę Hiszpanów powiedziała: "Oni, to dopiero wiedzą jak żyć." Czy to prawda? Czy tylko latynosi znają pełnię życia? Czy tylko oni wiedzą jak żyć? Po niedzielnym koncercie, odpowiedź brzmieć może tylko w jeden sposób: tak.

Wczoraj był Dzień Babci...
















Złota myśl okolicznościowa, wydedukowana na tę okazję, przez mojego uzdolnionego Micha:
"Niektóre babcie ogladają seriale wenezuelskie, inne wprowadzają je w życie."

Isn't he genious?