Właśnie napisał do mnie kolega Jarek, iż jest mu przykro, że przygoda z Bernhardem nie powiodła się. Tymczasem kolega Jarek nie wie, że my wcale na Louis-Jouvecie nie poprzestaliśmy
i 1 listopada wybralimy się na Chorego z urojenia Moliera do Comédie-Française.
Spektakl w reżyserii Claude'a Stratza, szwajcarskiego reżysera, który nad komedią pracował w 2001 roku, wystawiono w tym roku ponownie, by uczcić jego pamięć - Stratz zmarł niestety w kwietniu tego roku.
Przedstawienie jest zwyczajnie mistrzostwem świata. Świetna gra aktorów, doskonała scenografia i dobór rekwizytów, fantastycznie dobrana muzyka, gra świateł, które tworzą napięcie i stanowią część narracji, no i oczywiście sama sztuka, która w ogóle nie straciła na aktualności (w wielu jej miejscach widziałam siebie, swojego męża i niektórych członków mojej rodziny;))) - wszystko to spowodowało, że wyszliśmy z teatru zachwyceni.
I cóż Szanowny Kolego Jarku?... I nicóż - odjęło nam mowę;) Byliśmy speechless, jak mówią Anglicy;)
Bernhard spowodował dwudniową dyskusję, do dziś nie możemy się otrząsnąć. Jeszcze wczoraj czytaliśmy w Le Monde recenzję (okazuje się, że nie tylko nam się nie podobało;))).
W każdym razie rozmawialim, bulwersowalim się, szukalim ukrytych sensów... a tu, wyszliśmy zwyczajnie z teatru, w pełnym zachwycie, mile połechtani i... nic - zero krytyki, tylko miłe wspomnienia...
Już sama nie wiem, co bardziej wolę;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz