
Wiem, że w ostatnich Obcasach już p. Orliński rozpisywał się w tym temacie.
Jednak po obejrzeniu filmu po prostu nie mogę się oprzeć pokusie, by o nim opowiedzieć. Nie, żebym była fanką musicali, o nie... można mnie nawet zaliczyć do zdecydowanych wrogów gatunku... jednak "Mamma Mia!" To o wiele, wiele więcej niż tylko musical.
Człowiek rzadko kiedy zdaje sobie sprawę słuchając ABBY, jak bardzo życiowe są piosenki tej grupy. Bo i słuchając ich ot tak, po prostu, odbiera się je zupełnie poza kontekstem. Dopiero włożone w tryby scenariusza (a stanowią one jego 70%), okazują się tworzyć zgrabną historię z życia wziętą. Poprzez film doświadcza się ich ponadczasowości i uniwersalności. To jedno.
Drugie to fakt, że większość piosenek na ekranie wykonuje po mistrzowsku sama Meryl Streep. Orliński podejrzewał nawet, że piosenki nagrywane były na planie i wiele z nich w takiej formie pozostawiono w filmie. I tu się z Orlińskim zgadzam! Nie słuchamy przesłodzonych w studiu playbacków, ale samej Meryl Streep, w czystej, "niewypolerowanej" formie. Efekt jest taki, że już po pierwszych kilku minutach filmu czujemy się tak, jakbyśmy siedzieli w teatrze muzycznym na widowni i oglądali cały show na żywo. Ma się ochotę klaskać, pstrykać i żywo reagować na wszystko to, co się na ekranie dzieje. A dzieje się mnóstwo!
Film zaczyna się w nieco sztucznej aurze, ale już za moment ta sztuczność i teatralność nikomu już nie przeszkadza. Wchodzi się w formę całym sobą i wie, że bez niej nie byłoby całej zabawy. Piosenka goni piosenkę, gag pogania gagiem i nagle człowiek zdaje sobie sprawę, że jest świadkiem być może najlepszej komedii tej dekady.
Po trzecie: kobiety! "Mamma Mia!" to film zrobiony przez kobietę o kobietach, nie tylko dla kobiet. Opowieść, choć w rozrywkowy sposób podana, wcale nie jest życiowo prosta. Córka szukająca swego ojca wśród 3 kandydatów i matka, która sama nie jest pewna, który z nich spłodził jej dziecię. Cały film to damsko-męskie starcie w doborowej obsadzie. Przeżywamy z nimi każdą rozterkę i każdą radość, bo gdzieś, kiedyś, a może nawet i teraz, te wszystkie historie są częścią nas i naszym udziałem.
Podsumowując: potęga piosenek ABBY, gra trzech świetnych aktorek i trzech doskonałych aktorów, w towarzystwie całej wioski Greków tworzą z filmu arcydzieło kina rozrywkowego. Zobaczyć Meryl Streep w wykonaniu bisowego Waterloo – bezcenne!
Jednak po obejrzeniu filmu po prostu nie mogę się oprzeć pokusie, by o nim opowiedzieć. Nie, żebym była fanką musicali, o nie... można mnie nawet zaliczyć do zdecydowanych wrogów gatunku... jednak "Mamma Mia!" To o wiele, wiele więcej niż tylko musical.
Człowiek rzadko kiedy zdaje sobie sprawę słuchając ABBY, jak bardzo życiowe są piosenki tej grupy. Bo i słuchając ich ot tak, po prostu, odbiera się je zupełnie poza kontekstem. Dopiero włożone w tryby scenariusza (a stanowią one jego 70%), okazują się tworzyć zgrabną historię z życia wziętą. Poprzez film doświadcza się ich ponadczasowości i uniwersalności. To jedno.
Drugie to fakt, że większość piosenek na ekranie wykonuje po mistrzowsku sama Meryl Streep. Orliński podejrzewał nawet, że piosenki nagrywane były na planie i wiele z nich w takiej formie pozostawiono w filmie. I tu się z Orlińskim zgadzam! Nie słuchamy przesłodzonych w studiu playbacków, ale samej Meryl Streep, w czystej, "niewypolerowanej" formie. Efekt jest taki, że już po pierwszych kilku minutach filmu czujemy się tak, jakbyśmy siedzieli w teatrze muzycznym na widowni i oglądali cały show na żywo. Ma się ochotę klaskać, pstrykać i żywo reagować na wszystko to, co się na ekranie dzieje. A dzieje się mnóstwo!
Film zaczyna się w nieco sztucznej aurze, ale już za moment ta sztuczność i teatralność nikomu już nie przeszkadza. Wchodzi się w formę całym sobą i wie, że bez niej nie byłoby całej zabawy. Piosenka goni piosenkę, gag pogania gagiem i nagle człowiek zdaje sobie sprawę, że jest świadkiem być może najlepszej komedii tej dekady.
Po trzecie: kobiety! "Mamma Mia!" to film zrobiony przez kobietę o kobietach, nie tylko dla kobiet. Opowieść, choć w rozrywkowy sposób podana, wcale nie jest życiowo prosta. Córka szukająca swego ojca wśród 3 kandydatów i matka, która sama nie jest pewna, który z nich spłodził jej dziecię. Cały film to damsko-męskie starcie w doborowej obsadzie. Przeżywamy z nimi każdą rozterkę i każdą radość, bo gdzieś, kiedyś, a może nawet i teraz, te wszystkie historie są częścią nas i naszym udziałem.
Podsumowując: potęga piosenek ABBY, gra trzech świetnych aktorek i trzech doskonałych aktorów, w towarzystwie całej wioski Greków tworzą z filmu arcydzieło kina rozrywkowego. Zobaczyć Meryl Streep w wykonaniu bisowego Waterloo – bezcenne!
A to na zachętę: http://www.youtube.com/watch?v=YDjw4mpEwU8&feature=related
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz