31 października nasza roczna podróż poślubna zakończyła się.
Liczba zjedzonych tabletek – tony;
Odbyte choroby, infekcje – tuzin;
Stres – niepoliczalny;
Bilans kilogramów:
Paryż: +10; Berlin -10
Jakość życia:
Paryż – la vie n'est pas si belle; Berlin – leben ist schon gut!:)
Siedząc w Warszawie i myśląc o minionym roku myślę sobie, iż mam dosyć podróży, przynajmniej tych po Europie:) Paryż był piękny, poetyczny, wizualnie atrakcyjny, przede wszystkim jednak samotny, smutny i znerwicowany. Berlin – przeciwnie. Najbiedniejsze miasto Zachodniej Europy tętniło życiem, pozytywną energią, przestrzenią i możliwościami. Tu żyło się spokojnie, z dnia na dzień, nie myśląc o troskach. Wszystko było proste i poukładane. Ludzie mili i przystępni w nawiązywaniu kontaktów, a związki z nimi trwałe.
Mówią, że w Paryżu są najbogatsze zbiory muzealne, jednak to w Berlinie najwięcej można się w muzeach nauczyć. Przyciągająca na Museum Isle głowa Nefertiti była pretekstem do poznania, na stosunkowo małej przestrzeni, całej historii Egiptu wraz z jego wierzeniami i obyczajami. Zaś monumentalna wystawa o Babilonie, nie tylko pozwoliła dogłębnie poznać historię, sztukę i społeczeństwo miasta, ale także zanalizować jego wpływ na europejską mentalność od średniowiecza po współczesność. Takich atrakcji nie oferował ani Louvre, ani Orsay. Oba miejsca zakładały bowiem, że przychodzi je odwiedzać erudyta, który wie wszystko od początków świata po dzień dzisiejszy. Nikt tam nie stara się nikogo wtajemniczać. Wiedza jest w końcu dla elit.
W początkowym okresie pobytu w Paryżu (a czasami i później) Le Monde i Le Figaro udawało nam się zdobywać za darmo. I choć w tamtym okresie Cecilia zostawiła Sarko, po czym Sarko upolował Carlę, to jednak od wenezuelskiego serialu w wersji francuskiej, woleliśmy stateczne rządy Angeli Merkel i płatne Die Zeit i Frankfurter Allgemeine Zeitung. Prasa w Niemczech jest na bardzo wysokim poziomie, zarówno od strony wizualnej, jak i od strony metodologii przekazywania informacji. Czytanie jej, choćby tylko raz na tydzień wynosiło człowieka na intelektualne wyżyny.
W Berlinie życie było przewidywalne, ceny śmiesznie niskie, rynek second hand dobrze rozwinięty, a pociągi zawsze przyjeżdżały na czas. Hofstede pisał, że Niemcy panicznie boją się nieprzewidywalności, co najlepiej widać na dworcach. Tam trudne do określenia opóźnienia oznajmia się tonem grobowym, a pasażerowie w pociągach dostają do postudiowania rozkład jazdy, by samemu móc sprawdzić, czy aby na pewno pociąg czasowo jedzie zgodnie z planem. W Paryżu nikt się takimi bzdurami nie przejmował, a strajki transportu publicznego zdarzały się w ciągu roku częściej, niż okresy, w których wszystko funkcjonowało zgodnie z planem.
I choć w Berlinie tylko raz byliśmy w teatrze (na Operze za trzy grosze Brechta, w reżyserii Roberta Wilsona) i ani razu na koncercie, to jednak ten jeden wypad dał nam więcej intelektualnej pożywki, niż wszystkie paryskie spektakle razem wzięte. Dość przyznać, że scenografia Boba Wilsona tworzona konsekwentnie od lat 70-tych, była na pewno inspiracją dla Tima Burtona w pracy nad Gnijącą Panną Młodą. Reżyser niemal dosłownie przeniósł stylistykę spektaklu do swojej animacji. Teatr berliński jest intelektualnym wyzwaniem. W stolicy Niemiec pracują w chwili obecnej teatralni i baletowi geniusze, tworząc prawdopodobnie najbardziej nowatorskie sztuki na świecie. A Paryż? Cóż, Paryż się starzeje, porasta kurzem i zaczyna trącić myszką...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz