Nie wiem, czy zauważyliście, ale paradoksalnie, będąc w Paryżu najczęściej podróżuje się metrem. Paradoksalnie dlatego, że Paryż jest bądź co bądź piękny i chciałoby się go raczej oglądać z perspektywy ptaka, a nie kreta.
Jednakże praktyczniej - bo szybciej - okazuje się podróżować metrem i jego krecimi korytarzami. W nich człowiek najpierw czuje się jak mrówka, biegnąc z innymi mrówkami po owych korytarzach, a potem przemienia się w sardynkę, kiedy to drzwi metra się zamykają, a my z przylepionym do szyby nosem staramy się wywalczyć sobie odrobinę miejsca między innymi sardynkami.
I tak co rano Paryżanie pocąc się i sapiąc docierają w tej konserwie do pracy, a potem tą samą konserwą z niej wracają.
Postanowiłam przestać być praktyczna i zacząć jeździć autobusem. Nie zdawałam sobie nawet sprawy jakie to radosne doświadczenie. Po pierwsze autobus w Paryżu jest jak luksusowa limuzyna. Spotkać w nim można zarówno wyperfumowane panie w modnych płaszczykach od Vuittona, jak i panów w butach od Ermenegildo Zegny. Zdarza się, iż podróżuje się z sobowtórem sierżanta policji sfotografowanego przez Augusta Sandera w 1926 roku (imponujące wąsy). Nie zdaża się za to, spotykać w autobusach przedstawicieli biedniejszej części Paryża, a to z tej prostej przyczyny, że w autobusie trzeba pokazać bilet, a w metrze, zawsze można sobie poradzić bez.
I jest zupełnie jak w Wehikule Czasu H.G. Wellsa, na górze Elojowie, na dole Morlokowie;)
Wracając jednak do autobusu, mam teraz to szczęście, że mieszkam niedaleko Placu Clichy i autobus, który codziennie rano wiedzie mnie prosto do biblioteki, to autobus linii 68.
Podróż zaczyna się od wspomnianego placu, ale tuż za rogiem mijamy już Moulin Rouge, by zaraz potem wziąć ostry zakręt w rue Blanche i z górki pomknąć w dół do samego centrum. Po drodze mijamy piekne stare bramy i niskie kamieniczki. Po czym wyłaniamy się na moment na przestronny plac d'Estienne d'Orve przy którym stoi imponujący kościół św. Trójcy, by znów zanurzyć się w meandry wąskich uliczek i ulicą Magador dotrzeć pod Teatr Magador, w którym obecnie oglądać można musical Król Lew, sciągnięty prosto z Brodway'u.
Jadąc dalej docieramy do przesmyku w Galerii Lafayette, gdzie dosłownie przed nosem autobusu można przeskoczyć z działu dla panów do działu dla pań. Wąskie meandry kończą się wraz z owym przesmykiem, bo już za chwilę znajdujemy się na tyłach Opery Pałacu Garnier, po to tylko, by móc ją sobie obejrzeć ze wszystkich stron, a potem jadąc Avenue de l'Opera obracać wciąż głowę i przez tylnią szybę podziwiać ją w całej okazałości. Najciekawszy moment zaczyna się jednak w chwilę potem, gdy mijając Palais Royal i znajdujący się przy nim Teatr Comedie Franciase, wjeżdzamy na dziedziniec Louvru. Autobus turkocząc po kocich łbach przejeżdża pod łukiem szerokiej bramy, po czym niby karoca staje przed pałacem, gdzie ma przystanek. Po lewej piramida - wejście do muzeum, po prawej ogrody Toulerie, a po środku my hrabiowie i księżne jadący w zielonym, długim powozie bujającym się na boki. Opuszczamy skąpany w słońcu pałac, by tuż za nim znaleźć się na Pont Royal - moście królewskim i po swojej lewej stronie ujrzeć obraz Cite, jakby zdjęty z fotografii Cartier - Bresson'a, a po prawej podziwiać dach Grand Palais i architekturę Musee d'Orsay. Skręcamy dalej w Quai Voltaire i po lewej mijamy szereg galerii z antykami i drogich restauracji, a po prawej, jadąc wzdłuż Musee d'Orsay, możemy podziwiać barki cumujące na Sekwanie.
Zaraz za muzeum autobus skręca w ulicę Solferino i dojeżdzając nią do stacji metra o tej samej nazwie, skręca w Saint Germain, a potem w Boulevard Raspail, gdzie kończy się bajkowa droga, a zaczyna moja praca;) Trzeba wysiąść i drałować do biblioteki... pozostaje jednak nadzieja na drogę powrotną, która, choć mija te wszystkie miejsca pod nieco innym kątem, jest nie mniej ekscytująca.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz