wtorek, 22 stycznia 2008

Paryż i my;)













Nowy Rok rozpoczęliśmy w Paryżu przeprowadzką. Zamieniliśmy komfortowy pokój hotelowy na udawane M2. Udawane, ponieważ to 30 metrowe mieszkanie pierwotnie miało 1 pokój, łazienkę i kuchnię. Kuchnia była jednak większa od pokoju i mogła swobodnie służyć za kuchnio-salon. Postawiono w niej zatem duzą szafę (mniej więcej na dwóch trzecich długości), mającą udawać ścianę i w ten sposób utworzono w kuchni drugi pokój;) dzięki czemu olbrzymimi kosztami wynajmu mogą się podzielić cztery osoby, a nie dwie. Szczerze się zastanawiam, jak Paryżanie, przy swoich śmiesznie niskich płacach radzą sobie z życiem, o studentach nie wspomnę.

W pokoju na wysokości okna mamy łóżko-materac. Okno jest nieszczelne, więc w nocy przewiewa nam trochę czupryny. Sytuacje ratują zasłony, ale jest to raczej połowiczne rozwiązanie. Ogrzewania na noc nie polecam. Tak małe pomieszczenie nagrzewa się bardzo szybko i w którymś momencie z braku tlenu zaczyna się śnić już tylko koszmary. Człowiek wstaje rano niewyspany, w głowie mu szumi jak na kacu - lepiej już spać nakrytym pierzyną po uszy, ale poprawnie oddychać.

W związku ze specyficznymi warunkami klimatycznymi panującymi w naszym pokoju, przygotowania (szczególnie Micha) do snu zabierają trochę czasu. Najpierw zakłada się zwykłe majtki, potem ciepłe gacie, w które z namaszczeniem wciska się podkoszulkę. Następnie zakłada się kalesony i na to wszystko dopiero piżamę - ciepłą oczywiście. Do tego na stopy konieczne są dwie pary skarpetek, a raczej skarpet - kołdrę mamy przykrótką i nigdy nie wiadomo, z której strony zaatakuje człowieka zdradliwy wiaterek. Pomyślelibyście, że cierpimy tutaj srogą zimę - ale na dworze jest codziennie 15 stopni, w nocy temperatura spada może do ośmiu. Powietrze jest jednak wilgotne, co powoduje, że jest tak naprawdę zimniej, niż termometry na to wskazują. A szczególnie zimno jest tym, którzy mają niskie ciśnienie.

Zaciskamy jednak zęby i korzystamy z życia kulturalnego, póki jest nam ono jeszcze dane.
Ostatni weekend spędzaliśmy korzystając z rozrywek darmowych. Po pierwsze wystawa Latitudes w Hotel de Ville. Mieliśmy zobaczyć inną - Paryż w kolorze od braci Lumiere, az po dzień dzisiejszy, jednakże przybyliśmy na nią pod wieczór, kiedy kolejka była już tak długa, że strażnicy zaczęli nas przeganiać. Postawiliśmy więc na wystawę obok, która cieszyła się nikłym zainteresowaniem i wejście było bez kolejki. Nie żałujemy.
Prace przygotowane głównie przez artystów pochodzących z byłych kolonii, były niezwykle wymowne, a chwilami nawet okrutne. Ukazywały efekty utopijnego założenia Europejczyków, że wszystkich można zunifikować poprzez jedynie słuszną edukację, którą dobry biały człowiek niesie głupiemu tubylcowi. Ta wystawa to było mocne uderzenie.

Jeszcze mocniejszym był rzężący sopran podstarzałej śpiewaczki w kościele reformatorów w 11 dzielnicy. Chcieliśmy dotrwać do Offenbacha, ale po Schubercie mieliśmy dosyć i w czasie przerwy zwinęliśmy się szybko do domu, trenując w drodze nasze własne talenta operowe, co zapewne oburzyło niejednego Paryżanina układającego się właśnie do snu.

Niedziala przyniosła nam zupełnie nowe doznanie. Choć darmowy - koncert, ku pamięci zmarłego w lutym zeszłego roku Luisa Rizzo, zorganizowany był na najwyższym poziomie. W sali wypełnionej po brzegi kilkudziesięciu artystów grało, tańczyło i śpiewało argentyńskie tanga, robiąc to tak doskonale i przekonywująco, że przy niejednym utworze pociekły mi łzy.
Koncert był przeżyciem czystym i pełnym piękna. Następnego dnia na fali uniesienia obejrzałam sobie Tango Saury i po raz kolejny zrozumiałam, jak bardzo ta muzyka i ten taniec odzwierciedlają pasje życia. Przypomniała mi się Claudia, która patrząc na całującą się parę Hiszpanów powiedziała: "Oni, to dopiero wiedzą jak żyć." Czy to prawda? Czy tylko latynosi znają pełnię życia? Czy tylko oni wiedzą jak żyć? Po niedzielnym koncercie, odpowiedź brzmieć może tylko w jeden sposób: tak.

Brak komentarzy: