
Powiadają, ze stabilizacja jest wrogiem twórczości i ja się w pełni z tym twierdzeniem zgadzam. Byłam prawie w stu procentach pewna, że póki jestem w Berlinie, nie napiszę na blogu ani słowa. Po pierwsze dlatego, że nie mam w domu Internetu, a w kafejce już tak fajnie się nie pisze, a po drugie - nie bardzo jest o czym. Ponad 3 miesiące temu zostawiliśmy paryskie 7 metrów kwadratowych i przenieśliśmy się do 70 metrowego mieszkania w Berlinie. Co ciekawsze cena czynszu nam się nie zmieniła, za to jakość życia – bardzo. Nagle stało się spokojnie i bezstresowo. Wszystko ma tu swoje miejsce, zasady gry są przejrzyste i żyje się z dnia na dzień – po prostu.
Ponieważ nie ma się na co skarżyć, ani na co narzekać – odebrało mi mowę. Trudno odnieść się do rzeczywistości, która nie ma wad. I pewnie sielanka ta trwałaby do samego końca naszego pobytu tutaj, gdyby nie dzisiejszy dzień i fakt, że w ciągu 10 minut stałam się lżejsza o 60€ bez wyraźnego powodu. A nie, przepraszam – powód był i to bardzo poważny – mianowicie: brak zielonej nalepki na przedniej szybie samochodu, którą podobno wszyscy w Berlinie mają, nawet jednodniowi turyści!!!!
Parkowałam samochód, jak zawsze parę ulic od domu w strefie bezpłatnej, kiedy zauważyłam, że stoi za mną wóz policyjny i cierpliwie czeka, aż stanę. Stanęłam. Wtedy podszedł do mnie krasnal w zielonym kubraczku i poprosił o dokumenty. Zabawna rzecz, że niemiecka policja przybrała barwy nadziei. Może po to, żeby człowiek zawsze łudził się, że to tylko rutynowa kontrola? W każdym razie, ja taką nadzieję cicho żywiłam. Jednakże, po rutynowym przejrzeniu papierów, krasnal poinformował mnie, że jeżdżę po Berlinie bez zielonej plakietki, która jest w tej strefie obowiązkowa i którą można kupić w każdym warsztacie za 5€. Powiedziałam mu speszona, że nikt nam nic nie mówił o konieczności posiadania plakietek i jeśli to takie istotne, to oczywiście zaraz jutro z samego rana pobieżę do najbliższego warsztatu i takową nabędę.
Myślałam, że na tym koniec, że to tylko miłe ostrzeżenie, ale nie – krasnal wyprostował się i rzekł: "Brak plakietki – mandat 60€!" Popatrzyłam na niego zdziwiona i zaczęłam się swoim niezdarnym niemieckim bronić. Kiedy zrozumiałam, że nic w ten sposób nie osiągnę, zadzwoniłam do Micha.
Mich zna niemiecki sehr gut! Rozmawiał z krasnalem 10 minut. Tłumaczył mu, że nie wiedzieliśmy, że nikt nam nie powiedział, że może by nas tak krasnal ulgowo potraktował... Odpowiedź krasnal musiał mieć wykutą na pamięć, bo bez zająknięcia wyśpiewał, że od 1 stycznia 2008 obowiązuje ustawa, że wszędzie było o niej głośno, że prasa, radio i telewizja nadawały, że wszyscy turyści plakietkę mają, nawet jak zjeżdżają do Berlina nur für Sonntag, srutututu pęczek drutu 60 € się należy.
Nie pomogły perswazje tytułem złego traktowania turystów i obcokrajowców ogółem. Nie pomogło zdanie, że to takie typowe dla Niemców – brak elastyczności, zrozumienia i serca.
Serca może i oni nie mają, ale krasnal był wyposażony w całkiem sprawne nogi, którymi przebierał w miejscu ze złości i wymachując mi przed nosem telefonem powiedział, że jeśli nie zapłacę na miejscu to on odholuje mi samochód na policyjny parking i, że jeśli czegoś jeszcze nie mogę pojąć to on zadzwoni po tłumacza, za którego będę musiała zapłacić.
Miałam ochotę krasnala przytulić, żeby już nie dreptał i się uspokoił. Nie miałam przy sobie tylu pieniędzy. Musiałam więc udać się do bankomatu, by je wyjąć. Ale krasnal był na tyle miły, że poczekał. Zapłaciłam, podpisałam co trzeba i udałam się nach Hause.
Cóż mogę Wam powiedzieć. Jeśli wybieracie się do Berlina samochodem – kupcie sobie zawczasu zieloną plakietkę. A przyjechać warto – życie artystyczne kwitnie, wystawy, kawiarnie, koncerty, festiwale... tyle że pada. Jak chcecie słońca to lepiej zostańcie w domu. Uratujecie planetę oszczędzając na benzynie i na cienkiej, zielonej plakietce.
Ponieważ nie ma się na co skarżyć, ani na co narzekać – odebrało mi mowę. Trudno odnieść się do rzeczywistości, która nie ma wad. I pewnie sielanka ta trwałaby do samego końca naszego pobytu tutaj, gdyby nie dzisiejszy dzień i fakt, że w ciągu 10 minut stałam się lżejsza o 60€ bez wyraźnego powodu. A nie, przepraszam – powód był i to bardzo poważny – mianowicie: brak zielonej nalepki na przedniej szybie samochodu, którą podobno wszyscy w Berlinie mają, nawet jednodniowi turyści!!!!
Parkowałam samochód, jak zawsze parę ulic od domu w strefie bezpłatnej, kiedy zauważyłam, że stoi za mną wóz policyjny i cierpliwie czeka, aż stanę. Stanęłam. Wtedy podszedł do mnie krasnal w zielonym kubraczku i poprosił o dokumenty. Zabawna rzecz, że niemiecka policja przybrała barwy nadziei. Może po to, żeby człowiek zawsze łudził się, że to tylko rutynowa kontrola? W każdym razie, ja taką nadzieję cicho żywiłam. Jednakże, po rutynowym przejrzeniu papierów, krasnal poinformował mnie, że jeżdżę po Berlinie bez zielonej plakietki, która jest w tej strefie obowiązkowa i którą można kupić w każdym warsztacie za 5€. Powiedziałam mu speszona, że nikt nam nic nie mówił o konieczności posiadania plakietek i jeśli to takie istotne, to oczywiście zaraz jutro z samego rana pobieżę do najbliższego warsztatu i takową nabędę.
Myślałam, że na tym koniec, że to tylko miłe ostrzeżenie, ale nie – krasnal wyprostował się i rzekł: "Brak plakietki – mandat 60€!" Popatrzyłam na niego zdziwiona i zaczęłam się swoim niezdarnym niemieckim bronić. Kiedy zrozumiałam, że nic w ten sposób nie osiągnę, zadzwoniłam do Micha.
Mich zna niemiecki sehr gut! Rozmawiał z krasnalem 10 minut. Tłumaczył mu, że nie wiedzieliśmy, że nikt nam nie powiedział, że może by nas tak krasnal ulgowo potraktował... Odpowiedź krasnal musiał mieć wykutą na pamięć, bo bez zająknięcia wyśpiewał, że od 1 stycznia 2008 obowiązuje ustawa, że wszędzie było o niej głośno, że prasa, radio i telewizja nadawały, że wszyscy turyści plakietkę mają, nawet jak zjeżdżają do Berlina nur für Sonntag, srutututu pęczek drutu 60 € się należy.
Nie pomogły perswazje tytułem złego traktowania turystów i obcokrajowców ogółem. Nie pomogło zdanie, że to takie typowe dla Niemców – brak elastyczności, zrozumienia i serca.
Serca może i oni nie mają, ale krasnal był wyposażony w całkiem sprawne nogi, którymi przebierał w miejscu ze złości i wymachując mi przed nosem telefonem powiedział, że jeśli nie zapłacę na miejscu to on odholuje mi samochód na policyjny parking i, że jeśli czegoś jeszcze nie mogę pojąć to on zadzwoni po tłumacza, za którego będę musiała zapłacić.
Miałam ochotę krasnala przytulić, żeby już nie dreptał i się uspokoił. Nie miałam przy sobie tylu pieniędzy. Musiałam więc udać się do bankomatu, by je wyjąć. Ale krasnal był na tyle miły, że poczekał. Zapłaciłam, podpisałam co trzeba i udałam się nach Hause.
Cóż mogę Wam powiedzieć. Jeśli wybieracie się do Berlina samochodem – kupcie sobie zawczasu zieloną plakietkę. A przyjechać warto – życie artystyczne kwitnie, wystawy, kawiarnie, koncerty, festiwale... tyle że pada. Jak chcecie słońca to lepiej zostańcie w domu. Uratujecie planetę oszczędzając na benzynie i na cienkiej, zielonej plakietce.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz